/sz/ powiedział: trudno się znaleźć w świecie, który nas nie szuka.

sobota, 7 listopada 2009

Lekarstwo na brak koncepcji

Brak koncepcji to brak świeżości. A ponieważ na nic oryginalnego dziś w tym temacie nie wpadłam, doszłam do wniosku, że należy już przeprowadzić PRZEPROWADZKĘ. Na nowy, lepszy serwer. Ci, którzy zapoznawali się ze starszymi tu wpisami nie muszą się martwić z dwóch powodów. Po pierwsze, stary adres z jego treścią nie zostanie skasowany. Po drugie, wszystkie wpisy (oprócz tego) są przeniesione na nowy adres. Czyż to nie wygodne?
A co do przeprowadzki... To - uwaga!

HTTP://ALEANDRA.WORDPRESS.COM

zapraszam do lektury drogich, kochanych Fanów!

środa, 4 listopada 2009

Z okazji pierwszego śniegu

Dwa Michały by Aleandra

Tańcowały dwa Michały
Bo to były piękne pedały
Jeden mały drugi duży
Żeby było w parze do podróży

Podróży do Świętego Mikołaja
Żeby nie płakała Maja
Bo nie dali jej nowych majtek
Pedały wybrały się na statek

Dwa Michały rano wcześnie wstały
I wtedy ptaki pięknie zaćwierkały
Przestawiamy dziś czas do przodu
Żeby zegar był w porządku wobec rodu

Niestety nasze dwa Michały
O tym fakcie zupełnie zapomniały
Spóźnili się na statek
Tylko zdążył im pomachać majtek

Biedne nogi Majki
Chłopcy tylko wzięli do rąk fajki
Ich dym zasłonił jej wielkie łzy
I część stojącej na rogu podobnej do nich bzy

Tańcowały dwa Michały
Bo to jednak były piękne pedały
I ogromnymi dziewczęcymi
Nie przejmowali się łzami

wtorek, 3 listopada 2009

Komcie się posypały

O!
To ten blog ma jeszcze Czytelników!
Nie chce mi się rozmyślać o tym, co spieprzyłam w swoim życiu, bo uważam, że to by mnie zdołowało, a mam taaaaAAAAKI fajny humor...
Swoją drogą, nie uważacie, że ciągle dołowanie się oznacza, że coś jest nie tak? :P
Ale kogo ja się pytam... Pewnie poprzednio załapałam komcie, bo wpis kontrowersyjny. Gdzieś trzeba się wyżywać.
Uważam, że trochę się wyczerpała formuła tego bloga. Ale nie przestanę tu pisać, bo się od tego uzależniłam. No cóż.
Swoją drogą, taniec to fajna rzecz.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Wyglądała, jakby miała, a nie dała bo nie miała

Nie tak dawno temu pod przystankiem w stronę Silwany a umieszczonym niedaleko dworca PKP pewna kobieta zapytała mnie, czy mogłabym jej kupić bułkę z pieczarkami za trzy złote. Jest to gorzowski specjał i myślę, że każdy turysta jest zobowiązany przez sam pobyt tu zakosztować tegoż. Wracając do pytającej, to oczywistym było, że to żebraczka - miała brudne spodnie i smutny wzrok. Niestety, odmówiłam jej, bo w torebce miałam niewiele jak 20 groszy, a to stanowczo za mało na jej wymarzone danie.
Moja sytuacja nie wygląda najlepiej. Po pierwsze, groszaki znów uratowały moją skórę (o_O;), pozwalając mi na zebranie 1,10 złotych, czyli niezbędnej kwoty do kupna biletu tramwajowego. Tak, tak. Dzięki nieuprzejmości pani w dziekanacie nie mam podbitej legitymacji studenckiej. Napisałam, że nieuprzejmości a nie z mojej winy, bo ta pani doskonale widziała wypełniony indeks. I wiedziała, że chcę zapłacić warunek. Ah ta Polska - urzędnik zamiast zastanawiać się, jak pomóc ludziom, to jeszcze musi utrudniać im życie, bo - jak to powiedział mój dobry znajomy (pozdrowienia!) - problemu nie da się rozwiązać.
Tak więc jestem bardzo wdzięczna bratu za nie przywiezienie ze sobą zapasowej komórki. I tak, wiem, że ona była sprzed ery potopowej, ale co z tego, skoro pozwoliłaby na wykonanie przelewu w mbanku i jutro spokojnie bym pojechała na uczelnię? A tak? Śfiństwo.
Oczywiście można się upierać, że muszę się nauczyć wartości rzeczy. Można się upierać, że trzeba ponieść pewne konsekwencje. Szkoda tylko, że na razie wychodzi bardzo zabawna rzecz - to nie rodzina, lecz znajomi mi bardziej pomagają w tarapatach, w jakich się znalazłam. Śmieszne, prawda?
A wracając do nauczania i wychowania. SAMI SOBIE JESTEŚCIE WINNI. Doszłam ostatnio do wniosku, że jestem jednym wielkim błędem wychowawczym. Nie da się uniknąć takowych, ale chyba nie aż tak. A mówiąc, iż jestem błędem wychowawczym mam na myśli to, iż mam uczucie, jakby rodzinka nagle obudziła się ze snu i przyjęła do wiadomości, że mam sobie sama radzić. Bo co, bo dorosła jestem? Tak, tylko wyżej wspomniana bezdomna też nie ma czternastu lat, a nie można takiej osoby nazwać zaradną życiową. Dorosłość nie znaczy samodzielność, o nie.
Niedawno na jednym z wykładów Segieta było o wychowaniu propagowanym przez A. S. Neilla. Wykładowca tak to określił: "Wychowanie do wolności". Piękne określenie, wiele mówiące. Ja dotychczas żyłam sobie smacznie i przyjemnie, chociaż mam wrażenie, że najważniejsze życiowe decyzje nie ja podejmowałam, lecz rodzina.
Co, znowu narzekam, że nie znalazłam się tam, gdzie powinnam? A owszem, Gorzów może i jest fajną mieściną, ale w małych dawkach. Często żałuję, że nie wybrałam kariery poza tą cholerną stolicą województwa lubuskiego. Która, na domiar złego, jest zadupiem. Jak to mój wujek wspomniał ostatnio, tutaj nic się nie dzieje. True...
Dobra, lecimy dalej w najlepsze narzekanie.
Więc wracając do wychowania (lol), to uważam, że wychowywać należy KONSEKWENTNIE, a więc zmusza nas to do stosowania przez dłuższy czas jednej, wybranej przez nas metody. Już mniejsza z tym, czy będziemy bić dzieciaka, czy też go przytulać nawet we śnie. Ale, gdy chcemy zmienić sposób postępowania to już nie jest takie proste. Bo człowiek ma psychikę, a ta psychika może doznawać urazów - takich, które skutecznie do czegoś zniechęcą. W każdym razie, kiedy nagle zmienia się metoda, taki człowiek może zaznać szoku... Tak, tak, czasem trzeba takową terapię zastosować, ale mówię tu o przypadkach z zasady lekkich i takich, w których występują delikatne dosyć osoby, czyli mam tu głównie na myśli siebie. Bo nikogo nie krzywdzę, żeby mnie można było wsadzić do więzienia, bo też staram się jak mogę pomagać innym. To, że otwarcie piszę na tym blogu, że nie znoszę mojego taty wynika tylko i wyłącznie z tego, że za dużo z nim przebywam. Każdy kiedyś ma dość... No właśnie.
Pod obrazkiem na tym blogu dałam wspaniały cytat z wypowiedzi mojego dobrego znajomego z Wałcza (pozdrowionka!). Ten sam człowiek napisał mi nie tak dawno temu, że jego mama zabroniła mu brać od kogokolwiek proponowane przez gospodarzy (jak będzie on w gościach, oczywiście) jedzenie w stylu śniadanie, obiad itd. Ta kobieta podobno potrafi się wkurzyć kiedy - jak to nazwała - ktoś takimi uczynkami chce ograniczyć jej wolność.
No i patrzcie państwo, WOLNOŚĆ.
Ale ja nie jestem wychowywana do wolności. Nigdy nie byłam. Może pozwoliłam sobą kierować przez całe życie, a może nie, ale co ja na to poradzę? Dziecko nie może, bo nie ma wystarczającej siły nawet fizycznej przeciwstawić się cudzej woli, która rozciąga nad nim władzę. A co więcej, nie jest w stanie wiedzieć tego, co dorosły - najlepiej pedagog - wie o wychowaniu. I o samodzielności. Skutek jest taki, że może ono nie być świadome tego, iż powinno się uczyć zaradności. Ale skąd to ma wiedzieć? Tylko przypadek spowodował, że pewnego pięknego dnia wzięłam do rąk książkę "Nowa Summerhill" i pochłonęłam ją.
Tak czy siak, to nie moja wina, że rodzinka zrobiła mi to, co zrobiła. Owszem, pozwolono mi iść na pracę socjalną, ale chyba nic więcej. NIC do diabła więcej. Czy jest czego żałować? Do wolności zawsze się tęskni, a jak może być mowa o niej, skoro cały czas masz nad głową kogoś, kto Ci jęczy: zrób to, zrób tamto siamto?
Nie trzeba było okazywać aż tyle troski, kiedy były do tego okazje. Ale kiedy trzeba było pomóc, to miało się to w dupie.
Ktoś mógłby powiedzieć, że teraz sama podtrzymuję uraz do pewnych osób, karmię się tym. Może i tak jest, może i nie. Ale w każdym bądź razie, moje wypowiedzi są jednoznaczne: jeśli rodzinka będzie potrzebowała pomocy to udzielę jej tylko wtedy, kiedy uznam, że sytuacja wygląda bardzo źle. Oczywiście nikt nie pomyśli, że tak się stanie. Część osób pewnie uzna, że to niemożliwe, bo jestem głupia.
Szkoda.
Po licencjacie zastosuję metodę w stylu Beherit - "uciekaj jak najdalej od rodziny". Dobrze mi to zrobi.
A to, że w moim wieku znajomi są ważni? Że zamiast jęczeć radośnie w łóżku yyyy, dobra, nieważne. Że zamiast jęczeć radośnie, to ja się nad sobą użalam? Przynajmniej tyle mam wolności.
No oczywiście, że trochę przerysowywuję sytuację, ale do diabła, jestem zwyczajnie wściekła na rodzinkę.

czwartek, 29 października 2009

Inni już byli, teraz moja kolej

1 myśl: "wziąć" (of course, sobie),
2 myśl: "działa toto?" (sprawdzając, czemu jest czarny ekran),
3 myśl: "oddać",
finał: "dziękuję" (z radością w oczach).

Poszłam dziś zdobyć wpis z wuefu do indeksu. Misja się udała, ale do dziekanatu już nie zdążyłam zanieść tego. No nic, trudno, jutro też jest dzień (a po co mam się przejmować instytucjami?). Przy okazji przy schodach na górę budynku, w którym się toczyły zajęcia wychowania fizycznego znalazłam komórkę. Nawet nie wiem, jaki model. Jakiś taki. Rzecz wyglądała niepozornie i nie wiedziałam, czy zostawić czy też wziąć. Zdecydowałam jednak, że trzeba oddać do portierni, bo może ktoś się zwróci po rzecz. Jak się okazało, słusznie, dziewczyna była zadowolona bardzo, że zguba do niej wróciła.
1 punkt dla mnie. Mam jeszcze do spłacenia parę innych, które również są spisane na konto tym wszystkim, którzy w Poznaniu, Raciborzu oddawali mi komórkę.
Właściwie... Rano chciałam napisać o tym, jak ja nie lubię reformatorów polskiego szkolnictwa i dlaczego. Zamierzałam podjąć również temat o wychowaniu i samodzielności, ale... Nie mam na to sił. Chyba dlatego, że posiadam zbyt dobry humor na to.

wtorek, 27 października 2009

I to już chyba koniec telefonicznej telenoweli

Potrafię zgubić telefon w okolicznościach, jak nikt inny. Umiem także go odnajdywać, jak nikt inny. Niestety, nie pobiję już rekordu Guinnessa, bo bardzo wątpię w to, że tata pojechał po telefon. I właśnie dlatego można mówić o końcu telefonicznej telenoweli: ta komórka już się nie znajdzie. Było minęło, czas na nowy produkt. Takie życie, w końcu era gubienia komórki gdzie wlezie i kiedy wlezie dobiegła końca. Dla mnie telefon miał największą wartość o poranku, kiedy mnie budził, abym już polazła do szkoły. Trudno, jakoś sobie poradzę.
Ponadto dziś usiłowałam zdobyć wpis u Madej. Oczywiście nie udało się. Trudno, jutro do dziekanatu, a potem - w razie czego - do prodziekana.
Ale najgorszym wypadkiem - właściwie, w sensie dosłownym nawet - dnia dzisiejszego był upadek na szyny kolejowe... Bolało jak diabli, a potłuczenia będę miała przez jakiś czas i będą się one trochę dawać we znaki.
Dziwny to dzień! Dużo się działo, mało napisałam. Pozdrawiam :)

poniedziałek, 26 października 2009

Literatura: Opowieści z Ziemiomorza

Windows zrobił mi wczoraj kawał. Gdy się zwichnął, chciałam go zresetować. Marchewka nie podziałała, to postanowiłam kijem. W nagrodę otrzymałam czarny monitor z kursorem w tle. Ponieważ do 12:00 w nocy pozostało trochę czasu, postanowiłam porobić coś ciekawego. Zrzuciłam z półki te książki, których jeszcze nie czytałam i stwierdziłam, że po oglądnięciu pewnego filmu będę się zastanawiać, jaka lektura ma być przeze mnie obczajona.
Dzieło, które pojawiło się w telewizorze, a które obserwowałam i słuchałam nosiło tytuł "Pulp fiction", zrealizował go Quentin Tarantino i pierwszy raz oglądałam ten film. Najbardziej spodobała mi się scena, gdy Travolta, jadąc z kumplem samochodem "przypadkowo" rozwalił łeb towarzyszowi z tylnego siedzenia.
Nie mając dziś pomysłu na realizację naprawy komputera, postanowiłam rzucić się w wir czytania. Można być zaskoczonym, że wygrała Ursula K. Le Guin swoimi "Opowieściami z Ziemiomorza", bo mimo, iż jest ona dobrą powieściopisarką, to mi jej książki bardzo ciężko wchodzą (cholera wie, czemu, ale chyba trzeba być do nich odpowiednio nastrojonym). W każdym razie dzieło to to po prostu zbiór opowiadań z tytułowego świata. Teoretycznie nie przepadam za krótką formą literacką, lecz... No właśnie. Większość opowieści z Ziemiomorza niesie ze sobą przesłanie i jest po prostu magiczna. Raz, że wydarzenia opisywane z niej są po prostu zlepkiem początków i końca pewnej ery, dwa, że po prostu Le Guin ma talent. Weźmy taką "Uczennicę maga" bodajże Trudi: jest tam o magii, o jej nauce. Zaskoczę: w Ziemiomorzu także o tym jest, ale w przeciwieństwie do "Uczennicy", wiedza przekazywana czytelnikom NIE NUDZI! Dobry autor to taki autor, który potrafi wpleść na jednej stronie różne wątki w taki sposób, by na niej nie było burdelu i żenuady. Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie, dlaczego "Opowieści z Ziemiomorza" tak mi przypadły do gustu, jednak najpiękniejszą i najlepszą z nich jest "Szukacz", ale to pewnie taka moja słabość...
Tak czy siak, głupota Windy XP spowodowała przerwanie mi w połowie książki Asimova: "Fundacja". I na tym - a nie, jak chcieliby niektórzy, na Internecie - opierało się moje cierpienie. Jutro z pewnością skończę, bo do Asimova mnie ciągnie. Ale w gruncie rzeczy cieszę się, że mogłam od niego odetchnąć, bo chyba tego mi brakowało.
A co do studiów... Pożyjemy, zobaczymy.
PS.: Pozdrawiam Pandę (nie smuć się!), i Motyla.

sobota, 24 października 2009

Ciężkie lata dla moich znajomych

Brak jasnego dostępu do jubilerstwa,
Brak jasnego dostępu do bohemistyki,
Brak jasnego dostępu do całkowitej samodzielności,
Brak jasnego dostępu do pieniędzy (a więc również),
Brak jasnego dostępu do założenia firmy,
Brak jasnego dostępu do znajomych.

To na razie tyle ;). I aż tyle. Ktoś inteligentny powiedział, że to, co chce się zrobić jest proste - wystarczy to zrobić. Prawda, jakie to proste? Ale człowiek to nie tylko działania, to również umysł i uczucia, a te są bardzo różne i nie raz potrafią stworzyć takie wahania, że wahadło by się nie powstydziło. No i cóż, wstałam, obudziłam się, po czym stwierdziłam, że życie jest do d., bo tu w Gorzowie nie ma warunków do rozwoju i jest zastój totalny.
Danie sobie na luz spowodowałoby szereg poważnych problemów. Na przykład konieczne pójście do pracy i ból, że nie ma się konkretnego zawodu. Trudność w pewnym sensie polegałaby również i na tym, iż najlepiej by mi się mieszkało poza granicami Gorzowa. Z kolei cała rodzina by się pewnie na mnie zwaliła z jękiem, krzykiem i ogólnym marudzeniem STUDIUJ! TRZEBA!
Nie danie sobie luzu powoduje natomiast, że będę się męczyć nie tyle na studiach, ile w miejscu, w którym je robię - bo przyznam, że w tej chwili bardzo kiepsko potrafię sobie wyobrazić pracę w innym zawodzie, niż pedagogika. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jedna rzecz jest całkowicie pewna: skoro zrobiłam już rok i brnę w to cholerstwo dalej, to nagłe przerwanie spowodowałoby tylko, iż zmarnowałabym połowę czasu na zrobienie sobie zawodu.
A teraz przechodzę do rzeczy.
Rozmawiałam dziś ze znajomą, która jest dla mnie kimś w rodzaju autorytetu. Dlaczego jest tak, a nie inaczej, to długa historia, która sięga jeszcze czasów gimnazjum i po prostu... Można w skrócie napisać tak: "ciepła znajomość".
Wszelkie papiery - nawet, jeśli "papier jest tylko papierem" - mogą się przydać. Warto mieć to na uwadze... Ale kochana Dzika powiedziała jeszcze, że ona robiła kursy. Że jeśli kierunek mi nie przeszkadza, to warto skończyć.
Dlatego, mając na uwadze to, że zniewolony człowiek narzeka jak diabli, trzeba również powiedzieć, że nadchodzą ciężkie lata dla moich znajomych, bo będą zmuszeni słuchać mojego marudzenia, na przykład...

Brak jasnego dostępu do znajomych,
Brak jasnego dostępu do bohemistyki,
Brak...

czwartek, 22 października 2009

Literatura: Fundacja i Imperium

W 1996 roku nagrodę "Retro Hugo" otrzymała książka "Fundacja i Imperium" Isaaca Asimova. Podkreśla się, że ona dotyczy tej części wyżej wymienionej pozycji, której nazwa brzmi "Muł". Generalnie trzeba przyznać, że całość wyróżnia się choć trochę na tle pozostałych dzieł Asimova, które czytałam - bo w trylogii o Imperium nie było tak sprawnie zaznaczonych elementów, jak tutaj. Przyjrzyjmy się bliżej i oto, co uzyskujemy:

-typową powieść space operową Asimova, czyli walkę o władzę,
-genialnie opracowaną intrygę, która kojarzy się bardziej z kryminałem, niż legalnymi działaniami,
-socjologia kontra psychologia. Co sprawia, że historia staje się historią? Działania jednostkowe, które mogą coś zmienić? Czy też może one się nie liczą, lecz znaczenie mają działania zbiorowe? Tu dochodzi jeszcze pytanie, czy istnieje przeznaczenie i czy można rzeczywistość obliczyć w sposób matematyczny (jak się okazuje - NIE, bo im dalsza przyszłość, tym więcej błędów; nie bierze pod uwagę możliwych zawsze zmian, które mogą się dokonać w społeczności ludzkiej)? Tutaj mam wrażenie, że Asimov minął się z powołaniem, studiując biotechnologię czy co to tam było zamiast socjologii,
[dop.:] mity. Ślepa wiara w los...
-uczucia: co sprawia, że się tak a nie inaczej zachowujemy, jak można grać (manipulować) innymi oraz do czego może doprowadzić odrzucenie przez społeczeństwo pewnej jednostki...

Książkę oceniam wysoko - 8,5/10. Dlaczego? Ano, za genialną intrygę. Co prawda w pewnym momencie domyśliłam się, kto kim, ale sam pomysł jest geniaulny :). A ja mam słabość do kryminałów.

Co nas nie zabije, to nas wzmocni...

Ostatnio oglądałam serial Stargate SG1. Zakończeniem tego produktu są dwa filmy, a w jednym z nich mniej więcej taki tekst się pojawia:

-Boże!
-Twoi bogowie cię nie posłuchają, musisz się ukorzyć przed Ori [czy coś w ten deseń - oczywiście, widać religijny fanatyzm na 1 rzut oka].
-To powiedzenie wyrażające ogólne niezadowolenie.

Obawiam się, że w tej chwili mogłabym użyć tekstu "Boże" w wyżej przedstawionym kontekście. Bo ja i zadowolona, i spokojna nie jestem. Jestem smutna. Tak, teoretycznie wszystko zaczyna się układać pomyślnie, ale czy aby na pewno?
Pewna znana mi osoba mówiła mi, że dużo narzekam. A ja wczoraj przeczytałam, dlaczego ludzie tak postępują. Coś w tym jest, a chodzi o to, że jak czują, iż ich wolność jest ograniczana, to są nieszczęśliwi. Ja sobie nie przypominam, bym w czasie moich wędrówek po Polsce jakoś narzekała. Ogólnie to jest to głupie zachowanie, na które traci się nie dość, że energię, nie dość, że czas, to jeszcze wypróbowywuje się przez nie cierpliwość osób drugich i trzecich i innych. Ale owszem, jakby ktoś analizował moje obecne życie, to mam prawo czuć się z deka mało wolnościowa, bo:
-ktoś za mnie kupuje ciuchy (wtf),
-ktoś mi każe to, to i to zrobić (wtf),
-czuję przymus, tak, trzeba studiować,
-nie wiem, co ze sobą zrobić,
-widzę mało możliwości do spełniania swych pragnień,
-nie ma zjadacz_kur ;_; a tego to bym się poradziła.
Aha, a na dodatek:
-sfera towarzyska nie jest zbyt duża,
-nie mam zawodu,
-nie mam odwagi,
-nie mam uczucia, że sobie poradzę,
-czuję, że rzeczywistość, która mnie otacza niewiele mi daje w sensie naukowym.

Ogólnie "nasza dziewczynka", czyli Ala zaczyna się dowiadywać, że życie to nie tylko różowe baloniki i krakersy, ale także ciężka praca nad sobą i swoimi marzeniami, to również odwaga. Trzeba być szalonym, żeby udać się w gąszcz Polski bez odpowiedniego zasobu finansowego, ale trzeba być odważnym, żeby postawić sobie jasno wyrazisty cel, dążyć do niego i zmienić coś w swoim życiu na lepsze. Problem polega na tym, że dokonanie CZEGOKOLWIEK, co choć bardziej zmienia mój żywot wymaga zdecydowania, a przede wszystkim - odwagi. No i wiedzy, że TO SIĘ UDA. Wiary w siebie, a tej mi ostatnio zdecydowanie brakuje, może nawet jest na minusie. Co prawda zaczynam się stawiać w stylu "że co, ja taka zła, a samemu mu się tego nie udaje", ale w ogólnym rozrachunku to jest maska, która raczej mało daje.
"Nasza dziewczynka" znów nie wie, czy chce być tym cholernym pedagogiem, czy też woli kopać rowy.
Nie jestem osobą, w której obudził się instynkt macierzyński. Co gorsza, mam wrażenie, że w takim systemie edukacyjnym osobowość na zawsze zostanie na tyle spartolona, że aż strach temu czemuś wydawać na pastwę losu własne potomstwo.
Dobra, a jak to ma się do pedagoga...
Dawno temu miałam iść do doradcy zawodowego. I oczywiście, jak wiele innych ważnych spraw, tego nie uczyniłam. To się nazywa działanie i odwaga, co? Ale może gdybym poszła, to bym wie... Nie, cholera, nie wiedziałabym. Głównie dlatego, że to ja mam decydować o sobie, a nie ktoś za mnie podejmuje decyzję.
Czyżbym znów dała się wrobić? Tak jak z liceum?
Jednostka urodzona w takiej, a nie innej rzeczywistości, jednostka będąca mną czuje się w tej chwili trochę rozgoryczona swym położeniem. Walczy ze sobą, by się nie poddać, a jednak dziś się poddała. Próbuje w oddali dojrzeć cel, ale jest on zbyt daleki, by to osiągnąć. Niekoniecznie dlatego, że nie wie, jak to zrobić. Raczej z tego powodu, iż spełnianie własnych pragnień jest trudne. I mam wrażenie, że moja wiedza o życiu jest zerowa.
Jestem osobą wyrafinowaną. No dobra - nie jestem, a przynajmniej w większej części mej osoby. Ale niektórzy tak mogą o mnie uważać: ponieważ zrobiłam X rzeczy, żeby napisać o tym i o tym. Bo potrafię wydębić od ludzi bransoletkę za 3 euro. Ale...
Często i gęsto mam wrażenie, że aby stworzyć jakąś książkę, dobrą powieść, to trzeba mieć jakieś pojęcie o życiu. A ja mam raczej o nim niewiele wiedzy. Siedzę w domu, uczę się idiotyzmów i jedynie, co mi się może przydać w przyszłości, to przyzwyczajenie do samotności.
AKTYWIZACJA!
Dupa, nie aktywizacja. Może samodzielne życie bardziej uczy podejmowania decyzji w stosunku do siebie. Trzymanie pod kloszem niewiele mi dało i szczerze, w pewnym momencie swego życia nawet miałam żal, że wyfrunięcie z domu skończyło się, jak się skończyło.
Nie wiem, czy to, co teraz wypisuję to zgorzkniałe rzeczy. Być może tak naprawdę chcę skończyć te cholerne studia pedagogiczne, choć smutne jest to, że mam wrażenie iż nawet po nich nie będę wiedziała, co robić ze sobą. Ktoś mi powiedział - "kochasz te studia". Nie, kurwa. Studiów w takim wydaniu nie kocham, jedynie co, to uwielbiam gadać o polskiej sredukacji i problemach współczesnej młodzieszy.
W tym miejscu pozdrawiam Czechów, którzy tego bloga czytają. Wiem, że przynajmniej jeden się znajdzie.
Chcę uciec tam, gdzie lepiej się żyje. Albo inaczej - chcę żyć tam, gdzie będę czuła się wolna i będę miała grono przyjaciół. "Przyjaciele przychodzą i odchodzą". To proste. Trudne jest natomiast to, że mam świadomość, iż prawie każda osoba, która tutaj, w Gorzowie, żyje, a która nie ma 30, 40, 50, 60, 70, 80, 90, 100 lat przeprowadza się do innej aglomeracji. Kraków, Szczecin, Poznań, Warszawa, Wrocław etc.
Powinnam szukać wewnętrznego spokoju. Medytacja, na przykład. No, ale co ja mam robić, jak nie jestem zadowolona ze swego życia? Albo może i jestem, ale nie wiem o tym. Prawdopodobnie potrzebuję kogoś, kto by mi mówił "dasz radę, poradzisz sobie". W końcu... Ludzie robią rzeczy niemożliwe, prawda?
Wiem, że spory udział w moim zachowaniu ma ma marna kondycja fizyczna, ale nie czuję się na tyle dobrze tutaj, aby samodzielnie nad tym pracować. Przecież zwykle nie mam wpływu na to, co do żarcia jest kupowane...
Możliwe, że rozmowa z tatą by mi po prostu pomogła. Ale szkoda tylko, że ja i tak wiem, że nie za długo wszystko potrwa, że on mi nie ufa, a tak generalnie to woli dać 200 złotych na duperelę, niż na mnie (tak, typowo kobiece podejście).
Trzeba być silnym, a nie miętkim?
W ostatnich czasach sporo myślałam o życiu. Czemu jest tak, a nie inaczej. Dlaczego, dlaczego? Wymyśliłam to, co powyżej przeczytaliście.

wtorek, 20 października 2009

Dup-Con

To tak na wszelki wypadek, jakby formuła tego mojego bloga całkowicie się wyczerpała. Oczywiście może też być tak, że to nie wina "formuły", ale moja wina, ponieważ zaczynam gadać jak emo i zaczynam myśleć, że trzeba to wszystko pier... no dobra, demonizuję. Ale cóż. Może gdyby nie te rzeczy, które ostatnio mnie spotkały, to bym nie była tak badziewnie nastawiona do świata? Ale światełko w tunelku chyba już jest...

czwartek, 15 października 2009

Poznań woła

Jak już wiecie, byłam w różnych dziwnych miastach. To powoduje, że przemieszczając się po swojej ojczystej - że się tak górnolotnie wyrażę - ziemi, mam skojarzenia właśnie z tymi różnymi aglomeracjami. W okolicy Ronda Santockiego bodaj, tam gdzie zbudowali niedawno Lidla w stronę Teatralnej najbardziej mi się przypomina Opole. Nie wiem, czy to bliskość uczelni, czy też podobna okolica tego sklepu, jak była w stolicy województwa opolskiego... Tak jakoś. Ogólnie jednak - z racji doświadczenia roku w Poznaniu - najbardziej mi się przypomina właśnie Wielkopolska. Bo ponuro się zrobiło na dworze. Śniegu jeszcze nie ma, lecz chodzi o deszcz i zimno. Jesień nigdy chyba nie sprzyjała pozytywnej postawie do życia, jednak to, co się dzieje ze mną teraz to mieszanka wręcz wybuchowa.
Moja kumpela (pozdrawiam) wspomniała kiedyś o chęci do życia inaczej. W innym mieście, znaczy się. Nie przypominam sobie, żeby miała podobne do moich doświadczenia, tym bardziej, że jest ona z mego rocznika i już jest na trzecim roku, lecz... Zaczęłam się zastanawiać, czemu człowiek taki jak ona tęskni do "innego życia".
Ja wcale się nie spieszę (śpieszę?) do wizyty w tzw. Pozku. Nawet nie specjalnie chce mi się tam wracać, by zrobić magistra, co podobno wiele absolwentów gorzowskiej PWSZ czyni. Wiem jednak, co straciłam i z jakiegoś dziwnego powodu najbardziej mi nie żal uczelni, lecz dwóch rzeczy: wolności i znajomych.
O ile wiadomo, o co chodzi z tą drugą rzeczą, o tyle tzw. wolność jest względna. Ale mam wrażenie, że człowiek właśnie w czasie studiów ma ochotę się wyszaleć. Być może błędem byłoby powiedzenie, że im młodsza osoba, tym pragnąca więcej wolności. To raczej w wieku policealnym, kiedy idzie się na uczelnię, pragnie się zaznać takiej swobody w decydowaniu o samym sobie... O, już jestem człek dorosły i mogę 24 h na dobę pić piwo w ciągu pierwszych pięciu dni nowego miesiąca, a później lecieć na najtańszych zupkach chińskich i wodzie z kranu, żeby przeżyć. O, widzita, mogę sam/a zadbać o swój ubiór, jutro do ciucholandu pójdę. A te 500 złotych, które dostałam na miesiąc to ja wiem na co wydam, na elektronikę...
W domu jest fajnie. Ale wymuszanie przez tatę wykonania poleceń "posprzątaj" lub "pomyj naczynia" psuje zabawę. A w szafie mam tyle ubrań od babci, że nie wiem, jak je mam poskładać i taki bajzel mam, że strach zaglądać. W dodatku mam aż tak ich dużo, że nie ma sensu kupować nowych - no bo po co? A za tym też się tęskni...
Wolność, gdzie tu wolność?
Może to przesada. Ale mam wrażenie, że jedną z cech mojego życia, które mi przeszkadzają, to ta, w której ktoś za mnie decyduje, w co mam się ubierać. Owszem - często ciuszki są ładne, ale, do diabła, nie ja je kupowałam...
Prawie załatwiłam warunek z dydaktyki i prawie udało mi się załatwić wszystkie wpisy do indeksu. Oczywiście po drodze pojawiły się pewne techniczne problemy, których się nie spodziewałam, ale cóż...
Zaczynam się bać, że sobie nie poradzę. Obawiam się również, że zaczynam się poddawać. Ponieważ jednak zależy mi na ostatecznym oddaniu indeksu do dziekanatu, żeby mieć z głowy pierwszy rok, jutro pójdę do budy. Inaczej bym tego nie zrobiła... Ale chyba to nie wszystko - mam przeczucie, że jak sobie coś odpuszczę, to później coraz więcej będę, aż wszystko się... zjebie.
Czy tę notkę pisze człowiek szczęśliwy? Czy ja powinnam się cieszyć, bo jestem na pedagogice?
Ostatnio pisałam tekst na potrzeby mojego zina i cośtam bredziłam po-pedagogicznemu. Odniosłam wrażenie, że to jest to! Fajna praca, fajny temat...
Ale figa z makiem.
Ok - pozdrawiam Czytelników.
PS.: W listopadzie zamierzam odwiedzić Poznań.

piątek, 9 października 2009

Jaki pogląd jest kontrowersyjny dla Zwierzaka?

Dzisiaj na wykładzie u niejakiego Segieta sprawdzamy listę obecności na ćwiczeniach z nim... S - Segiet, St - Studentka...
S: Królik!
St: Jestem!
S: Koza!
St: Jestem!
S: Co za zwierzyniec...

Tak czy inaczej chcę informować, że powyższe zdarzenie dość nas rozśmieszyło - na sali było tylko dwóch mężczyzn. W sumie lubię takie żarciki prowadzącego i widać, że chce z nami przyjemnie współpracować, jakkolwiek nie zawsze jest to możliwe. Tym bardziej, że spora ilość osób naprawdę przeszkadza na wykładzie niczym jakieś dzieciaki z liceum i nie wiem, czy to przez sam fakt bycia na pedagogice, czy też przez fakt, że ludzie tu trochę mało są dorośli, zawdzięczamy takiemu stanu rzeczy.
A tak naprawdę chciałam wszystkich poinformować, że ta notka nie ma na celu obrażania kogokolwiek, czy szykanowania, czy cholera jeszcze wie co można zrobić. Po prostu zaznaczam, że poniższe wypociny mogą być bzdurne, jak i kontrowersyjne, szczególnie dla osób o tzw. słabszych sercach, ale raczej w kwestii wrażliwości, niż faktycznej cielesności.
Jak większość z Was zdążyła się domyślić, z okazji dnia, w którym Komitet Noblowski ogłosił laureata Pokojowej Nagrody Nobla... Chciałabym skomentować to wydarzenie, gdyż mój umysł znalazł w tym pożywkę w kwestii rozrywki. Inaczej tego nie można nazwać.
A zatem: Obama dostał Nobla za... nie całokształt. Nie za to, że powiedział, że chce pokoju na świecie. Nie za styl, jakim rządzi. Tylko za to, że jest po prostu tzw. Czarnym. Mogłabym go nazwać "Murzynem", ale ponoć to jest jeszcze bardziej obraźliwe, niż nazywanie czarnych czarnymi. W sumie w dzisiejszym świecie czasem nie wiadomo jak się wyrażać, bo a nuż kogoś się obrazi? Wracając do nieszczęsnego Obamy, dostał Nobla za wcześnie. On nic nie zrobił. Nie dokonał jeszcze niczego istotnego. Można nagradzać za pojedyncze ratowanie życia, ale on nie jest lekarzem. Można też nagradzać za spektakularne uczynki, które w dłuższej perspektywie mają swoje skutki - jak na przykład działalność Wałęsy. Ale Obama tego też nie dokonał. Prowadzi dwie wojny, na trzecią z Iranem się zanosi... Wiadomo, że każdy by chciał pokoju na świecie. Ale właśnie dlatego, że prezydent hamerykanów jest czarnym, a nie białym, dostał nagrodę Nobla. Bo gdyby był białym... Albo nie otrzymałby jej wcale, albo otrzymałby ją w rok później, według bardzo pozytywnego scenariusza.
Ale... Tak szczerze mówiąc, zwykle nie obchodzi mnie kto, co kiedy i za co otrzymał Nobla. Problem z tą nagrodą jest taki, że przez lata uchodziła po prostu za prestiżową i to chyba najbardziej na świecie. I w momencie, kiedy właśnie zabierałam się za kolejny stopień uzależnienia od czytania (uwierzycie, że dziś nie przeczytałam ani jednej strony książki?), wróciłam do zaniechania tego uzależnienia. O co chodzi? O to mianowicie, że widząc w środę w bibliotece babcinej pozycję pod szyldem "Nobel" zachciało mi się obczaić wszystkie książki nagrodzone tą właśnie nagrodą. Ale... Pamiętając własne opinie na podstawie nieszczęsnego "Starego człowieka i morza" (wybacz Vir), artykułu z Newsweeka postanowiłam nie wciągać się w to. Wrócić na stare, fantastyczne śmieci na razie. I może w końcu zabrać się za medytację.
Jeśli kogoś uraziłam - sorki panowie i panie, ale i tak wierzę, że najinteligentniejszą rasą ludzką są Azjaci!

czwartek, 8 października 2009

Jak Hugo, to i notka

W 2004 roku bodaj książce "Koniec dzieciństwa" Arthura C. Clark'a została przyznana tzw. Retro Hugo. I tak, to jest pozycja, którą właśnie obczaiłam i mogę się wypowiedzieć o niej...
Przede wszystkim można uznać ją za klasykę. I nie dlatego, że została wydana w latach 50' XX w., ale dlatego, że znalazła wiele naśladowców. Niektórzy z Czytelników (czyt. fanów :P - pozdrawiam) kojarzą serial "Ziemia - ostatnie starcie". Była to historia, w której pewnego pięknego dnia na Ziemię przybywają obcy i... Zmieniają rasę ludzką - przede wszystkim w kwestii techniki. Cóż, mogę powiedzieć, że nie jest to oryginalna rzecz i generalnie... pomysł na serial mógł wziąć się właśnie przez "Koniec dzieciństwa" Clarka. Ale to nie wszystko. Tak, Stargate SG1 jest dobrym serialem, ale jest tam rasa pewna, która osiągnęła praktycznie koniec ewolucji - co przypłaciła bezpłodnością. Zdaję sobie sprawę, że może to nie być pierwszy wytwór tego typu w historii telewizji i zdaję sobie sprawę, że Clark również mógł go wziąć skądś indziej, a jednak czasy, w których jego książka powstała trudno nazwać czasami, kiedy na podstawie badań genetycznych można byłoby wysnuć podobny wniosek.
Ale wracając do książki... Dla czytelnika spodziewającego się krwi, wybuchów, akcji i seksu jest to raczej pozycja nudna. Można powiedzieć, że nic się nie dzieje. Mnie osobiście ta lektura nie zadowoliła, jednak jestem w stanie zrozumieć, że w dziele tym ważniejsze jest coś innego: przesłanie i to ponoć osobiste, od samego autora tegoż. "Koniec dzieciństwa" to po prostu filozofia opakowana w science fiction. Jeśli ktoś chce akcji to odradzam tej pozycji, ale jeśli ktoś zastanawia się, co będzie, gdy ludzkość w końcu zakończy swoją ewolucję... Niech przeczyta tę książkę.
A tymczasem ja chyba wrócę do Asimova, a konkretniej - "Fundacja"...

Czas na nowy post

Ku radości moich fanów blogowych (pozdrawiam) postanowiłam napisać nowego posta. Można wymyślić różne powody, a najprościej jest odpowiedzieć: bo tak mi się zachciało, a komu się nie podoba, ten trąba.
Tydzień miałam nie najlepszy, czyli pełen stresów. Powiem tak - to wyłącznie moja wina i to nie dlatego, że ja mam te stresy, ale dlatego, że ja się tymi stresami przejmuję. Zbytnia emocjonalność nie prowadzi do niczego dobrego i w sumie dopiero dziś jakoś się zdołałam trochę chociaż zrelaksować, choć nie do końca, bo byłoby znacznie lepiej i łatwiej to zrobić, gdybym się wyspała. Oczywiście własne zapominalstwo i godziny otwarcia dziekanatu temu nie służą, ale cóż, jutro nadrobię zaległości (ponieważ nie ma angielskiego). Tak, udałam się do dziekanatu, by załatwić sprawę oświadczenia, iż jestem studentką dla ZUSu. Z oddaniem indeksu mniej się przejmuję, lecz z zapłaceniem za warunek bardziej. Cóż, to szczegół, że nie mam za co zapłacić i muszę pożyczyć od taty i to szczegół, że może się wściec, widząc termin wydania 200 złotych w środę, a nie na przykład za 2 miesiące. Tak czy siak - muszę jak najszybciej załatwić sprawy z uczelnią, bo po co mają się toczyć ciągle... A ja chcę się zająć innymi, ważniejszymi sprawami.
Na jednym z ostatnich wykładów czy ćwiczeń była mowa o praktykach w tzw. poradni pedagogicznej. Ktoś tam je sobie załatwił i miał całkiem ciekawe przeżycia, jak sądzę. Ale... Zaczynam myśleć, że życie to jeden wielki scenariusz, którego człowiek jest realizatorem. Oczywiście z filmów czy książek wynika zupełnie co innego: zdarzenia są nie raz niespodziewane, niezwykłe, a nawet jeśli są prawdziwe, to nic nie wskazuje na to, iż bohater został w jakikolwiek sposób na nie przygotowany. Ja natomiast mam wrażenie, jakbym właśnie odbierała najpierw przygotowanie do danego zdarzenia, a później je samo. Przykład? Dawno temu wymarzyłam sobie, iż będę pomagać ludziom, co oczywiście spotkało się z mojej strony nieudanym przedsięwzięciem, ale... Zapoznanie się z życiem studenckim jako takim raczej mnie przygotowało do sukcesów na uczelni. Przy pierwszej sesji często jest ciężko zdawać wszystko... Przy drugiej sesji trochę łatwiej, ale... W zasadzie jeszcze jedna sprawa: wśród niebieskich migdałów o których nadzwyczaj często myślę jest takie chyba pragnienie, abym po prostu zajmowała się dziećmi w sposób...
Nie, nie napiszę tego.
Chyba po prostu muszę się zastanowić nad tym, co to jest życie, czy życie to scenariusz. Bo ono w tej chwili wydaje się proste: masz pragnienie, to go robisz. Problem w tym, że ja chyba całkowicie podświadomie je realizuję. Ale czy naprawdę chcę?... To zabawne, bo jakoś nie specjalnie uśmiecha mi się praca w podstawówce, a mam wrażenie, że na tych głupich studiach właśnie do tego nas przygotowywują. Jasne, że mamy specjalność wczesnoszkolną, ale jest ona DODATKOWA.
Tak, nadal nie wiem, czego chcę. A to, co chcę, jest szalone.
Cóż, ta notka jest całkiem bez sensu, ale skoro ją napisałam, to i umieszczę. Jak to w Czechach mówią? CAU, POZDRAV!

poniedziałek, 5 października 2009

Zamknięta na radość

Dzięki swojej wspaniałej grupie, która mnie nie raczyła powiadomić o zmianie dzisiejszej godziny ćwiczeniowej (bo pewnie nie miał kasy na komórce, ale dziwnym trafem jedna osoba na trzy została o tym powiadomiona) przegapiłam ćwiczenia. Dzięki temu, że pewna miła osoba postanowiła mnie samochodem odwieźć wróciłam do domu przed tatą, przez co mi nie chciał uwierzyć, jakobym była dziś na uczelni i dostałam za to ochrzan. Ale czuję się już lepiej po sobotnich problemach żołądkowych, co zresztą mało obchodzi mojego tatę.
Brzmi jak... nie napiszę marudzenie. Napiszę co innego: ból. Ból. Ból.
Buddyzm mówi, że życie to cierpienie. To brzmi dosyć... smutno, wręcz pesymistycznie, ale jakby się zastanowić, to czego dowodem jest to, że ludzie, szczególnie Polacy (Czesi nas wyprzedzają na liście krajów, gdzie się najlepiej żyje! My na 41, oni na 36 miejscu) narzekają? Może właśnie tego, że życie to cierpienie.
Być może mam zaburzenia hormonalne. Być może powinnam już być dzisiaj w dziekanacie po to, by załatwić warunek i inne sprawy. Ale... Jadąc tramwajem coś chciałam sobie postanowić. Chyba to, aby zdobyć z czegośtam piątkę na semestr. I to... Otworzyłoby przede mną całą smugę radości. Czułam, jak coś nie pozwala mi dotknąć tego fajnego uczucia "tak, jeah, zrobię to, dam radę, jestem szczęśliwa, świat jest piękny, słońce świeci, a ja jestem w tramwaju i patrzę jak ludzie wsiadają i wysiadają". No, bo to byłoby za proste.
Coś hamuje moje cieszenie się. Coś. Tak, jakbym była zablokowana na taką radość, jakbym uważała, że to coś złego, bredniarskiego. Albo jakbym się bała to zrobić: JUŻ! JUŻ TRZASK! Nie ma.
Co powinnam zrobić? I jak to zrobić?
Być może mam w głowie klucz do tego wszystkiego. Ale żeby go użyć, trzeba mieć odwagę go włożyć do dziurki od drzwi. Całkiem możliwe, że to może być trudniejsze od odblokowania tychże w pewnym kiblu w Opolu, z którymi w wakacje miałam przyjemność mieć styczność.

czwartek, 1 października 2009

Kamyk na niebie

Zabrałam się do czytania książek nagrodzonych Hugo z jednego powodu - nie muszę się w końcu zastanawiać, co teraz obczaić. I to jest dobre. A w dodatku daje to również odpowiedź na pytanie, czy wszystkie książki, które otrzymały to wyróżnienie są dobre. Piszę tu o tym głównie dlatego, że niedawno doszłam do wniosku, iż Nobel wcale nie jest prestiżem - skoro nagrodzone zostają jakieś cegły (patrz: Stary człowiek i morze). No i jeszcze trafiłam na artykuł w Newsweeku o tym, jak często jurorzy z Akademii przyznającej to wyróżnienie nie patrzą wcale na przesłanie i styl, tylko na własne poglądy. To mnie całkiem zniechęciło do czegoś, co robi wiele osób uwielbiających czytać - obczajanie literatury noblowanej. Ale dobra, przejdźmy już do "Kamyka na niebie"...
Isaac Asimov napisał tę książkę w roku mniej więcej 1951 (akcja na początku toczy się w 1949 i jestem skłonna uwierzyć, że faktycznie pisarz tworzył ją w owym czasie), chociaż nagrodę Hugo otrzymała w 2001. Szkoda tylko, że twórca tegoż dzieła nie dożył tak wspaniałej dla niego chwili, bo 2 kwietnia 1992 roku zmarł. Ale cóż, nagroda to nagroda, ale czy słusznie przyznana?
Muszę przyznać, że jest to porządna dawka dobrej literatury. Chociaż nie jest ona jakaś odkrywcza, to jednak przyzwoitość "Kamyka na niebie" widać od razu. Oprócz standardowego świata występującego w science fiction, czyli skolonizowana galaktyka, jest w niej wiele... myśli, które mogą być, mimo ich wieku, ponadczasowe. To, że człowiek jest głupi nic nie zmieni chyba. Te cytaty zresztą widać w kolumnie obok ;). Tak czy inaczej, "Kamyk na niebie" jest dziełem poprzedzającym słynną "Fundację" Asimova i należy on do trylogii o galaktycznym imperium. Stąd też wniosek, iż właśnie przeczytane przeze mnie dzieło można uznać za klasykę swego nurtu. Ale oprócz paru ważniejszych myśli, oprócz wieku pozycji... Czy ona zasługuje na Hugo?
Odpowiedź jest prosta i niewiele mówiąca: nie wiem. Ale przeczytać warto, bo to porządne dzieło ze science fiction.
PS.: Bardzo mi się podoba tytuł tej książki. Jest taki... Romantyczny. Z większym przesłaniem. I nieodparcie kojarzy się z "Kamienie na szaniec"... (co zresztą może wydawać się w jakiś sposób logiczną konsekwencją, podobieństwem zamierzonym tytułu... No bo czymże jest Ziemia wśród przestrzeni międzygwiezdnej, w dodatku ta Ziemia, którą nękają liczne nieszczęścia?).

środa, 30 września 2009

Albo głupota albo determinacja - oto jest pytanie

Mamy ostatni dzień września. To dla wielu studentów ostatni dzień wakacji, ale niektórzy już zaczęli zajęcia, na przykład ja. Chodzę tam, gdzie II rok pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej ma zajęcia i powoli dochodzę do wniosku, że wcale nie jestem pewna, czy chcę mieć coś wspólnego z dzieciakami, szkołą i edukacją w Polsce. Oczywiście nie jestem osobą, której ten kierunek w ogóle nie interesuje (jak dziś się ktoś przyznał na ćwiczeniach o wychowaniu), ale też nie jestem taką, której jest on pasją. Powiem nawet więcej... Psychologia jest fajna, bo prowadząca jest fajna (lol). A tak serio to gdy chodziłam do liceum zastanawiałam się, czy by nie pójść na pedagogikę. Poszłam na pracę socjalną i trudno powiedzieć, czy to błąd. Z perspektywy czasu zaczynam myśleć, że to, co miało miejsce w Poznaniu bardzo dużo mi dało, jeśli chodzi o życie.
Może przez szkołę, może jednak przez tą nieszczęsną porażkę boję się, że nie poradzę sobie. Może jednak przez to, iż miałam kiedyś kompleks ogólniaka (teraz mi to powiewa) boję się, że nie jestem tak dobrze przygotowana, żeby tu sobie poradzić. Ale myślę, że to jest tylko taki stereotyp, który mam w głowie, bo życie już niejeden raz udowodniło mi, że wszystko (albo znaczna większość) zależy od nas. Jednakże mogę powiedzieć, że praca socjalna dała mi jakieś podłoże i może dzięki niemu dałam sobie radę na I roku pedagogiki. A nawet jeśli niekoniecznie, to jednak przez sam fakt, iż miałam 2 razy socjologię, coś a'la propedeutyka edukacji, psychologię było mi po prostu łatwiej przetrwać.
Ja - przyznaję się - jestem słaba. Wbrew temu, co większość ludzi o mnie uważa, jestem słaba. Łatwo mi się zniechęcić i poddać. Łatwo powiedzieć, że życie jest bez sensu i codziennie kupować puszkę alkoholu, bo innej drogi nie ma.
Ale zaczynam sobie uświadamiać, że jeśli nawet nie trafiłam na swój kierunek, to jednak nie jest on zły. Zawiera w sobie te elementy, które mnie najbardziej interesują w pedagogice: WYCHOWANIE. Chociaż cała teoria o tym pojęciu jest nudna jak flaki z olejem, to jednak fajnie jest się w nią zagłębiać, jeśli trafi się na coś w stylu "przypadek taki a taki powoduje, że pedagog najlepiej aby tak postąpił", chociaż - tak, jak w psychologii - tu nie ma prostych rad i scenariuszy na wychowanie. Zaczynam sobie uświadamiać, że nawet, jeśli pedagogika nie jest moim powołaniem, to te studia sprawią po prostu, że będę hardniejsza. Brak poddawania się to nie wszystko - trzeba jeszcze stawić czoła przeszkodom, a w moim mniemaniu nauczenie się stu pytań na jeden przedmiot jest ogromną przeszkodą.
A i jeszcze jedno. Przyszłam na wykład i zostałam poinformowana, że studia nauczycielskie, czyli pedagogika, wcale nie są łatwymi studiami. Dziękujemy za wsparcie...
Przezwyciężenie własnych słabości, a jeśli chcę coś innego studiować na "lepszym" (co za bzdura do kwadratu, pewnie na większości państwowych uczelni jest podobnie ciężko, oczywiście wiadomo, że medycyna, prawo, filologie obce są trudniejsze, ale to inna para butów) uniwerku, to mi się taki trening parcia przed siebie przyda.

poniedziałek, 28 września 2009

Piwo prawdę Ci powie

Nie mam sił do tego bloga...
Aczkolwiek chciałam napisać, że kupiłam piwo, bo mi się wydawało, że jest do dupy. I smutno. Tak jakoś. Ale NIE! Po wypiciu niecałej puszki piwa Ala stwierdziła całkiem co innego, co przy okazji nawiązywało do jej wcześniejszego zamyślonego humoru na uczelni:
-pierwszy rok znów zaczyna...
-to już dwa lata...
-Basia ma fryzurę podobną do Agaty (Akademik)...
-Basia jako przyjaciółka...
-Poznań...
Zanurzając się we wspomnieniach, stwierdziłam ze zdziwieniem, że to już dwa lata. Dziwne, ale prawdziwe. A ja jestem na drugim roku, chociaż jeszcze nie oddałam indeksu. Ale jestem i mam w dupie resztę problemów. Tak, czy inaczej, kupiłam piwo, czego nie robię, bo go nie piję, bo mi słabo... ale jednak został dokonany zakup.
Kupiłam piwo...
Ponieważ chciałam poczuć studencką atmosferę! Dlatego, że jej nie czuję pomimo bycia studentką! Dlatego, że tęsknię do czasów akademika! Tu nie czuję się taka swobodna! Tu nie jest to samo życie, co bycie w akademiku! I już na zawsze będę uważała, że prawdziwą, studencką atmosferę czuje się w akademikach, gdzie ludzie siadają na schodach zapalić papierosy, gdzie jest brudno aż groza, że ludzie obok robią hałas taki, że nie da się spać, że generalnie jest się biedny jak mysz kościelna...
Pozdrawiam wszystkich studentów i tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze studiami.

niedziela, 27 września 2009

To już nie jest lekka komedyja...

Próba trzecia i ostatnia w napisaniu notki o "Czarodziejce" Johna Varleya. Powieść - druga część trylogi "Tytan" czy coś w ten deseń, otrzymała w 1981 nagrodę Hugo. Powiem tak. O ile w ogóle nie rozumiem jury, które przyznało tę sławetną nagrodę "Tytan" (pierwsza część), o tyle jestem w stanie to zrobić, przyglądając się kolejnej pozycji z tego cyklu.
Otrzymujemy tu już całkiem inny klimat, gdzie humor może i występuje, lecz w dawkach mrocznych i raczej słabych. Lektura zmusza nas do myślenia, stawiając pytania, takie, jak:
-czy bohaterem może być pijaczyna?
-czy Bóg jest kimś, kto bawi się światem?
Muszę wspomnieć tu o budowie tego dzieła, bo jedna rzecz mi nie daje spokoju (uwaga, będą spojlery! Kto ma w planach tę pozycję, niech minie cały ten akapit). Książka podzielona jest na rozdziały, lecz w takim sposób, aby nie spojlerować czytelnikom, co jest bardzo trafnym rozwiązaniem ze strony autora. Rzadko - niestety - takie coś się udaje, ale widocznie dla chcącego nic trudnego. Otóż, jest taki rozdział, zwany "Objawienie". I jest to jeden z najbardziej przerażających elementów w książce. Że niby przesadzam? Nie sądzę, by pechowej bohaterce o imieniu Gaby było do śmiechu w momencie, kiedy okazało się, że leci w stronę tej, którą usiłowała pokonać. W trakcie czytania zamurowało mnie.
A więc autor przestał rozśmieszać czytelnika. Zaczął mu zadawać pytania, kto jest bohaterem, na ile jest to realne oraz pijaństwo...
Gdybym miała kogoś przekonać, że science fiction i fantasty to nie są bajeczki (jak miałam okazję całkiem niedawno przeczytać taką opinię), to bym polecała drugą część tej trylogii. Idealnie się do tego nadaje, chociaż zapewne czytelnikom, którym się zwykle nie chce czytać książek, może się nie chcieć sięgnąć po "gruby" tomiszcz.
Ja teraz jestem na ostatniej części trylogii, "Demon". Chociaż ta część nie ma Hugo, na tyle, na ile przeczytałam, jestem w stanie stwierdzić, że to coś się dobrze czyta. I warto...
A póki co - jutro czeka mnie jeden z tych dni, które wolałabym odsuwać w nieskończoność. Tak się obawiam, jak nie wiem co. Irracjonalnie jakoś tworzę sobie problemy, przez które miałabym nie być na drugim roku. Ale... Wiem, że będzie dobrze. Musi być!

czwartek, 24 września 2009

290 post na blogu

John Varley napisał trylogię o bogini Gai w wydaniu science fiction. Oczywiście, pierwsza część, którą dziś zaczęłam i skończyłam liczy sobie ponad 300 stron podobno. Chwalę się? Okej - lubię wyścig z czasem na książki. To trochę jak dążenie do celu: "przeczytać duuuużą książkę" w ciągu jednego dnia. Wyścig z ambicjami, bo "moja babcia jednego dnia potrafi przeczytać duuuużą książkę". Właściwie nie wiem, czemu tak się zachowuję, ale wiem jedno - od czytania łatwo się uzależnić. Na mnie już chyba nie ma lekarstw. Co oczywiście może niezbyt zadowalać tego @$#%$#@!@!#, który mi tu wstawia komcie pod pseudonimem A. H., ponieważ coraz rzadziej piszę tu i coraz rzadziej czuję napisania sens notki. Ale skoro poprosił, niech mu będzie...
"Tytan". Pierwsza część. Książka science fiction z fantasy. Załoga statku kosmicznego, dalekosiężnego (skojarzenia z pociągiem dalekobieżnym) podlatuje do księżyca Tytana, bo coś na nim odkryła... I następuje przewidywalna katastrofa, skutek jednak - jest trochę mało przewidywalny. Tak, powtórzenie było zamierzone, a zresztą, nie będę się w to dziś bawić, bo dochodzi trzecia w nocy. I nie wiem, czy jest sens kłaść się o tej godzinie, skoro jutro muszę wstąpić rankiem porankiem do babci. No, ale cóż... W ostatnich dniach miałam okazję usłyszeć takie pozytywne opinie (pod którymi się jak najbardziej podpisuję), jak: "postrzelona", "śmieszna". Chociaż to ostatnie jest przeze mnie mało rozumiane, to nie mam nic przeciw temu, żeby ludzie dzięki mnie się śmiali. Ba, jest to przyjemne, chociaż w pewnym momencie w moim życiu ubzdurałam sobie, że nie ma nic lepszego, niż napisanie mega wzruuuuszającej płaczliwej książki. Może się myliłam.
A wracając do Varleya... Tak, Varley zdecydowanie zasłużył sobie na tę notkę. Bo jego powieść ma kilka... poziomów. (Jak się odmienia słowo "dno" w liczbie mnogiej w sensie "kilka"? O_o;) Oczywiście, jest to książka napisana z humorem, czego doskonałym przykładem jest końcówka tejże. W pewnym momencie myślałam, że nie przestanę się śmiać. Odwoływanie się do samego gatunku science fiction czy do wspaniałej, a jakże inaczej, powieści "Diuna" Franka Herberta powoduje, że chce mi się wołać: "to jest dobre dzieło!".
Ale Varley zadaje parę innych pytań.
Jaki byłby Bóg, gdyby istniał? Czy byłby szalony? Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? (Ja z pewnością mogę się utożsamiać z główną bohaterką Circco, bo i ona, i ja jesteśmy szalone i podróżniczki ;p). Jaki jest sens wojen?
I może by coś się jeszcze znalazło. Ale generalnie ważne w powieści jest też to, że świat, w którym mają żyć bohaterowie jest... No właśnie - odkryjcie sami.
Na początku nie wiedziałam, czemu to dzieło otrzymało "Hugo". Ale teraz już wiem - wciągnęło tak silnie, że w jeden dzień przeczytałam tę lekturę i CHCĘ WIĘCEJ! Pochłonęło też sporo emocji. Chociaż w roku 2009 "Tytan" nie jest jakimś oryginalnym dziełem, to pewnie na swoje czasy był nim bardzo. A zresztą, nie wiem.
Ostatnio mi się marzy o podróżach. Do Wałcza... Szczecina... Oczywiście do Krakowa. O praktykach w innym mieście. Staram się myśleć, jak zrobić tak, żeby się nie skończyło to, jak ostatnim razem. Ale z powodu swych zwariowanych marzeń "Och, pojechać gdzieś" postanowiłam, że będę zbierać na plecak podróżny. Najlepiej ze stelażem. I tu... Należą się moje podziękowania znajomemu pewnemu, któremu pewnie w ciągu najbliższych paru dni jeszcze kilka razy będę chciała podziękować, przywalona euforią, radością i wdzięcznością. No cóż, taka już jestem. W każdym razie, pozdrawiam Kwiatka :).
W poniedziałek idę załatwić niektóre zaległe wpisy. I w poniedziałek pierwszy wykład, uch. :)

wtorek, 22 września 2009

Melpomena jest ze mnie dumna

Powiem tylko tyle i aż tyle:

JESTEM NA II ROKU PEDAGOGIKI OPIEKUŃCZO-WYCHOWAWCZEJ Z DODATKOWĄ SPECJALNOŚCIĄ WCZESNOSZKOLNĄ!

:P
Wszystkim Czytelnikom i znajomym podziękowania za trzymanie za mnie kciuków w trakcie moich egzaminacyjnych i zaliczeniowych przygód :).
(Tak, zdałam socjologię - wszyscy dziś ją zdali; najsłabsza byłam z grupy, bo się najmniej do tego przykładałam, ale i tak mam ocenę lepszą, niż na sruamie, bo 3,5 ;p)

poniedziałek, 21 września 2009

Już tylko najmniejszy problem :)

HA!
Jutro mam nadzieję, że niejaka Melpomena będzie mogła być ze mnie dumna! Nie wiecie kto zacz? W sumie ja też nie, ale w liceum dawno temu uczyłam się takiego wiersza, co tam było "i bądź dumna Melpomeno", coś z pomnikiem ze spiżu :).
Byłam dzisiaj po wyniki z edukacji zdrowotnej. Moje roztrzepanie chciało, żeby dziś był ostatni termin zaliczenia tego przedmiotu. A ja nie znałam wyników. No i... Okazało się, że mam 4! Jupiii, cieszę się jak dziecko ^.^
Jeszcze tylko socjologia zdana i będę mogła z dumą powiedzieć: "Ala na 2 roku!". Ale spokojnie, do jutra jeszcze parę godzin...
(: To na razie tyle.

niedziela, 20 września 2009

Prośba o dobre słowo na niedzielę

Potrzebuję dobrego słowa. Czegoś, co nie spowoduje u mnie "kurwa, pierdolę". Coś, co mi doda skrzydeł, że się tak poetycko wyrażę. Za mało mam optymistycznych myśli, a wczoraj już zjadłam czekoladę i nie mam czym pożywić mózgu na dobre myślenie. Brakuje mi wiary w siebie, pewności, że jutro pójdę po prostu o wpis, a nie o zaliczenie, no i brakuje... Proszę o dobre słowo, no! -.-

Puknij się w bambuko

1. Potrzebuję umycia mózgu. Prędko! Jak najszybciej! Mam już dość siedzenia na dupie w Gorzowie Wielkopolskim. I towarzystwa taty, który jednak nie jest aż taki zły, ale jednak mam go dość. Niestety, brak pieniędzy mojej chęci wyjechania gdzieś wcale nie pomaga. Ale może się uda coś zrobić? PKS do Szczecina z mojego miasta zawiezie w około dwie godziny. Co oznacza, że opłaca mi się wybrać do tej mieściny chociażby na jeden dzień. Co prawda nic nie zobaczę, ale spotkam się przynajmniej z Agatą, na co liczę.
2. Plany planami, a ja mam tu jeszcze do zaliczenia socjologię. Co prawda w zeszłym roku akademickim ją zdawałam i zdałam, więc to jest szczegół. Ale i tak się obawiam "co to będzie, co to będzie". Dodatkowo zęby mi zgrzytają na uświadomienie sobie, że naprawdę nie mam pojęcia, czy zdałam tę cholerną edukację zdrowotną, chociaż nie dalej, jak po wynikach się pytałam kochanej Basi i ona stwierdziła, że zdałam. No, a w poniedziałek będzie ostateczne zaliczenie...
3. Jak widać, lubię robić sobie problemy i dodatkowe nerwy. To się między innymi objawia tym, że znów częściej zaczynam grać w go w Internecie, niż w realu (gdzie w ogóle w to nie gram). I byłoby to całkiem fajne, gdyby nie jeden, smutny fakt, a mianowicie: jak na 7 lat stażu to gram strasznie. Talentu nie mam, ale o tym wiem od dawna...
4. No i nie pójdę na drugi kierunek, bo uzyskałam warunek z dydaktyki. Cóż, nadal twierdzę, że jest to sytuacja dość śmieszna. Z ćwiczeń 4,5. Koleżanka, która przy mnie zdawała egzamin oczywiście dostała takie pytania, na które bym odpowiedziała i zdała. A mało tego, w czerwcu miałam "co to jest test dydaktyczny", wczoraj było "co to jest korekta testu dydaktycznego". A na dzisiejsze stwierdzenie kochanej Ryby, że to mogą być różne rzeczy, stwierdziłam, że muszę, ale to muszę wziąć od Basi tę cholerną książeczkę z pytaniami i odpowiedziami, bo inaczej bieda będzie. Ale! Jeśli naprawdę będę na II roku studiów, to będzie o tyle zabawnie, że chór będę miała obowiązkowy. I coś będę musiała z tym nieszczęściem zrobić, bo nie wyobrażam siebie cokolwiek śpiewającą... No i też jestem ciekawa, jakie przedmioty czekają nas na III semestrze (jak to ślicznie brzmi!).
I to na razie tyle.

piątek, 18 września 2009

Do kilku razy sztuka

Miałam dziś egzamin. Poprawkowy, oczywiście. Ponieważ był to przedmiot zwący się "dydaktyka", było do przewidzenia, że obleję. 75 pojęć wykutych na blachę... A żeby nawet nie na blachę, to trzeba je jeszcze trochę zrozumieć. Tymczasem żadne z tych pytań, które dostałam do rąk nie spełniało powyższych kryteriów. Wieść o warunku chłodno przyjęłam, no bo co - mam się załamać? Rozpłakać? A, że się tak brzydko wyrażę, walić w dupę to! Są na świecie gorsze rzeczy, niż powtarzanie przedmiotu. W dodatku studenci na głowie mają nie tylko jeden warunek, ale także i inne, co oznacza, że wcale nie jest u mnie tak najgorzej, jakby się wydawało. Że koniec świata bliski, wszyscy wiemy, ale to nie oznacza, że mamy marnować czas dołowaniem się. Zresztą, mam poważniejsze problemy. Oj tak, mam poważniejsze problemy.
Mimo, ze jestem zbyt wielkim leniem, aby móc sobie pozwolić na przenosiny się na inną uczelnię do innego miasta, dziś z zaskoczeniem stwierdziłam, że przez warunek tego zrobić nie będę mogła. Zaraz, zaraz, przecież i tak nie chciałam!
Ale znam pewną bardzo inteligentną osobę, która powiedziałaby, że wyjście z mojej sytuacji jest proste. I to, że ono jest takie, można od razu niemal zrobić.
Niestety, ja ani nie jestem obdarzona ponadprzeciętną inteligencją, ani nie jestem zaradna, ani też odważna. No dobra - podróże w Polskę to nie to samo, co wywrócenie do góry nogami swego istnienia.
Mówią mi: przestań narzekać. Znajdź przyjaciółkę.
A dupa tam.
Co mi na miejscu po "przyjaciółce", skoro i tak za około 2 lata się wyprowadzam stąd?
Poza tym przyjaciół poznaje się w biedzie i to nie na przestrzeni dwóch lat, tylko w ciągu lat. Im więcej czasu spędzonego wspólnie, tym większa gwarancja, że tak, to jest ta przyjaźń właśnie. Zresztą, pamiętam, jak to było z Agatą.
Tak czy inaczej... Teraz w tym Gorzowie Wlkp. nie mam nikogo, do kogo mogłabym pójść w sytuacji krytycznej. Mówią, że life is brutal, a skoro tak, to nie ma sensu pieklić się o jakiśtam-warunek, tym bardziej, że "najważniejsze, że jeszcze studiujesz".

środa, 16 września 2009

Seksmisja: hasło "kurwa mać"

Tytuł doskonale obrazuje mój humor, stan emocjonalny i przede wszystkim zaskoczenie na wyrok przyznany mi przez pewnego jegomościa (pozdrawiam) na kurnik.pl oczywiście w pokoju Go. Oczywiście, jak wszyscy wiemy (a przynajmniej mniejszość Czytelników), goiści mają to do siebie, że często zmieniają nicki. Jak ja tego nie znoszę! W końcu człowiek sam już nie wie, czy gra z kumplem, czy z obcym. Ale zaraz, zaraz... Czy przypadkiem ja sama nie zmieniłam niedawno pseudonimu na kurniku? A i owszem. No to pojawił się problem...

Ja siadam do stołu zagrać.
Znajomy: znasz zasady?
Ja: Hmm, znam
Znajomy: kiedy się kończy gra?
Ja: np wtedy, kiedy przeciwnik zrezygnuje
Znajomy: specyficzny przypadek
Ja: może nas nie będzie dotyczył
Znajomy: skoro nie znasz zasad, to dobranoc

I tym ostatnim akcentem mnie zaskoczy. Ja, która podobno gra od siedmiu lat (aż żal się przyznawać, taki mam poziom), nie znam zasad? Interesujący wniosek. Ale cóż, może nie w humorze był...
Ja nie mam dobrego nastroju. Męczy mnie wszystko to, co młodych: samotność, brak zrozumienia, poczucie bezsensowności życia itd.
Ale o tym chyba nie będę się tu rozpisywać, bo kto by tam chciał słuchać jęczenia Cioci Ali...

niedziela, 13 września 2009

Oj, niedobrze, niedobrze.

Jest mi dziwnie.
Zebrałam dowody, że to, co mi powiedziano jest prawdą. Niestety wewnętrzny smutek i utrzymywanie go w ryzach nie jest prostym zadaniem, a najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, żeby uwierzyć w tę informację. I niestety, słabiuchno mi idzie, oj, słabo...
Ale ja chyba nie chcę dopuścić do siebie tej wieści. To tak jakbym miała znów powtórzyć sytuację sprzed kilku lat, a która wydarzyła się, jak się dowiedziałam o śmierci z jednej babć. "Już nigdy... już nigdy" i się rozpłakałam.
W tej chwili nie jest mi wesoło, chociaż z pozoru niewiele rzeczy w moim życiu się zmieni. Ale to tak zawsze lepiej, gdy ma się świadomość, że istnieje jakieś futrzątko, do którego można podejść, wziąć na rękę, przytulić, pogłaskać, popłakać się, wsłuchać w mruczenie i uspokoić się.
Ekehm, no bo widzita, Panie i Panowie, nie chce mi się wierzyć, że moja kochana kotka, która jest pochodzenia niemieckiego, rasy perskiej, urodzona w 1994 roku, nie żyje. Po prostu nie chce mi się wierzyć.
Jest to o tyle trudne, że ona tak jakby zawsze była. Znam przejaw mojego - w tej chwili - zachowania dobrze i sądzę, że to jest zaznaczenie, takie ostateczne, mojego przywiązania do mojej kociusi.
No nie wierzę. Ale... Może faktycznie, jak wyszłam to była taka pustka. Pustka wokół podwórka. A wyszłam po to, by sprawdzić, czy faktycznie kot nie żyje.
Kot nie żyje...
Wstrzymuję swój płacz, przy jajku niemal się popłakałam, bo wmawiałam sobie, że "to nieprawda, to głupi żart". Ale czy w takich rzeczach można sobie żartować?
Teraz jakbym się trochę uśmiechała, a jednocześnie nie do końca. Jest we mnie jakaś niewiara, po prostu...
I ulga. Świadomość, że ja już nie jestem winna temu, że zwierzę cierpi, robi swoje. Ale najwiekszą ulgą jest to, że kot w ogóle nie cierpi. Poszedł sobie... Do nieba.
Nie ma już kotki? Miau? Nie ma...?
Ja nie chcę! :/
Ja chcę kota... mojego kota... przytulić i... Argh, chyba się zaraz popłaczę.
Ja rok temu jakoś napisałam wiersz. O kici. No i proszę...

Kicia, 1994-2009?
Było nie-było przeminąć
W starym pudle się zamykając
Kruche kości zatrzeszczały powoli zamierając
Każdej wiosny o takim samym słońcu
Stary kot przysiadł na murawie
By nie móc już otworzyć oczu spełniając swoje
Ostatnie czuwanie

Kici... kici, kici, gdzie jesteś...

sobota, 12 września 2009

Nowa szata graficzna

Zdjęcie, które wykorzystałam do zrobienia rysunku na bloga zostało wykonane przeze mnie w Katowicach. Jest to jedno z tych, które może bardziej zastanawiać... Od jednej strony zadbany, od drugiej nie budynek. Nie jestem pewna, ale dla mieszkańców tamtejszego miasta informuję, że są to okolice prawdopodobnie ulicy Warszawskiej.
Tak czy siak, zmiana wyglądu bloga zrobi dobrze. Nie wiem tylko, czy oczy nie będą boleć od czytania białych napisów na czarnym tle, ale jakby co, to KOMENTARZE.
Ok, ja lecę :P. Pozdrófka!

piątek, 11 września 2009

Pozostały dwa starcia

Co by tu napisać, żeby się popisać?
Przede wszystkim chciałam pozdrowić rodzinkę, skoro to czyta :].
Powinnam w tym miejscu złożyć wyjaśnienie, dlaczego tak długo nie pisałam. Po pierwsze, dostawca Internetu miał bardzo poważne chwile słabości. Przez ostatni tydzień net to mi padał, to mi wstawał i tak co chwila, w końcu stawało na tym, że nie mam Sieci przez kilka godzin. Ba, w piątek była awaria, wczoraj druga... No, ileż można?! Się wkurzyłam na dobre i rozmyślając o tej sprawie dziś, doszłam do wniosku, że jeśli dalej tak będzie, to trzeba się poważnie zastanowić nad zmianą dostawcy.
Ale jest dobrze. Ba, szybko działa. No i działa, co jest najważniejsze. Także mam nadzieję, że gdy skończę pisać tę notkę, to net jeszcze będzie działał.
Co poza tym... Nic niezwykłego. Nie mam weny na pisanie tu, a za każdym razem, gdy próbuję, to mi słabo/średniawo/w ogóle nie wychodzi. Cóż. Tak czasem bywa.
Zgodnie z przewidywaniami zdałam dzisiejszą poprawkę, którą można porównać - że się tak wyrażę - do pierdnięcia. Aczkolwiek samo jej istnienie to tylko niepotrzebne zawracanie mojej głowy bzdurami. Znaczy - sorry, zdawałam socjologię. Jest to przedmiot którego nie lubię (tak, braciszku, zdania nie zmienię) i jest to jednak dziedzina, którą uważam za naukę, w sprzeciwieństwie do pedagogiki.
Pozostał mi teraz egzamin z socjologii, no i dydaktyka. Ałać, tego ostatniego to ja się boję. Cholera już mnie bierze, jak widzę nazwisko Kruszewski, Okoń, Ktośtamjeszcze, no i bzdury w stylu "co to jest inteligencja niższa". Nie wiem, co umiem, czego nie umiem, co się naumiałam, czego się nie naumiałam... Zdaję sobie sprawę, że zdać to coś będzie ciężko, pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że dam sobie radę. Proponuję więc w środę 16.09 od godziny 10:00 trzymać za mnie kciuki. Bo spodziewam się tłumu przed gabinetem pani rzecznik praw studenckich (cholera...), no i podejrzewam, że nie będzie mieć dobrego humoru. Ale... Może obawy zostawię na boku.
Cóż mogę więcej napisać? Nie wiem. Ostatnio jakoś brakuje mi tematów na notki tutejsze... :/ może pewien człowiek o pseudonimie Virhossa (wierny fan, pozdrawiam!) podpowie o czym mam tu pisać? Bo jak nie on, to kto?
Tak czy siak, życzcie mi powodzenia na dydaktyce.

środa, 2 września 2009

Trzy miłości

Trzecia miłość...

- Chciałabym być poszukiwaczką przygód. Jechać za słońcem, mieć jedną tylko walizkę, nie
wiedzieć, gdzie będę jutro.
- Zapewniam cię - powiedziałam łagodnie - że to męczące. I po jakimś czasie
wszędzie zaczyna być tak samo. Powątpiewała.

To cytat z książki "Czekolada" Joanne Harris. Główną bohaterką jest niejaka Rocher, która posiada 25 lat na karku i dopiero co zatrzymała się w pewnym francuskim miasteczku, uprzednio podróżując praktycznie po całym świecie. Ja może nie mam za sobą aż tak wielkich wędrówek i tak wspaniałej frajdy, ale... Zdaje się, że doświadczenie wojażowe, którego nabrałam, mówi wyraźnie: ONA MA RACJĘ. Pod koniec byłam już bardzo, bardzo zmęczona... Ale zwiedzania świata, a nawet Polski, wydaje się wspaniałą rzeczą; trzeba tylko umieć odpowiednio je rozplanować finansowo, a nie jak ja - prawie na spontana, bez przygotowania XD. Tak czy siak - może nie jest to moja trzecia miłość, ale z nią się łączy. POCIĄGI! Nadal nie wiem, dlaczego potrafię stać godzinami na dworcu i gapić się w nie, dlaczego tak męczę artykuły o wszelkich głupotach PKP, dlaczego znam niemal na pamięć przejazd Hetmana, a w ogóle to brakuje do tego, bym właziła na forum o pociągach.

Druga miłość...

Może nie było tak rewelacyjnie, jak się spotkałam. Oczywiście poznałam I E - spotkanie z wychowawcą miała no i z ważniejszymi osobami również. Wszystkie klasy pierwsze tego typu zajęcia posiadły, tylko I E miała wolne jako jedyna klasa. Kto ma moc, ten ma władzę. Autorytet również musi być. I nie miętki, ale TWARDY! Przemowa w stylu "jak nie będziecie chodzić do szkoły, to nie pozdajecie" i w stylu "jak będziecie się starać, to będzie fajnie" oraz "jak narozrabiacie rozpoczniecie ze mną wojnę" byłaby niczym, gdyby nie to, że osoba przemawiająca umiała przekonać młodzież - miała w sobie coś takiego, co kazało słuchać.
Dzieciaki, jak to dzieciaki - z początku wystraszone, zdezorientowane, potem zainteresowane, a pod koniec lekcji znudzone, bo one chciałyby już wyjść pobawić się. W sensie - poruszać się. W tym wieku to naturalne.
Oczywiście doszło do spotkania z Zawadzką. Stare dobre czasy mi się przypomniały... Chemia! 1 klasa! CHCĘ MIEĆ 3!!!!!!!! KOŃCZĘ PIERWSZĄ KLASĘ I HONOROWO CHCĘ MIEĆ TRÓJĘ!!!!!!!!! Ale byłam z siebie niezwykle dumna, gdy na moim świadectwie ukończenia tejże klasy widziałam: matematyka: 3, chemia: 3. Że oceny marniutkie? Dla jednego osiągnięcie jest 6 z polskiego, dla drugiego 2 z fizyki. Swoją drogą w I E znalazł się człeczyna, który jest w okolicach piętnastu lat. Nic nadzwyczajnego, u mnie siedziały nawet osiemnastolatki.
Ale starają się walczyć z wagarami i to jest słuszne.
:) Fajnie było, szkoda, że mnie czekają tylko 2 spotkania jeszcze z pedagogiem... Chyba brakuje mi inwencji.

Pierwsza miłość...

KSIĄŻKI! Oczywiście zamiast uczyć się, to czytam książkę :P. Ale nie mam motywacji, bo nie znam terminu poprawek :/, więc trochę do kitu a dziś byłam to sprawdzić w samym PWSZcie.

wtorek, 1 września 2009

I będzie I EEEEEEEEEE?!

Rok szkolny 2009/2010 uważam za R O Z P O C Z Ę T Y!

To był mój najkrótszy dzień na praktykach. Poszłam jak na paluszkach, zestresowana taka, do gimnazjum. Najszkoły w pozytywnym sensie. Czułam się, jakbym zaczynała 4 rok w tej placówce. Przyglądałam się młodym ludziom: ten nie zdał jakieś poprawki, ale to nic, bo nie jest sam, drugi jego kolega także miał pecha; te witały się całuskami i uściskami "heeej, (...) no chodź tu"; gdzieś na schodkach minęłam bandę dziewczyn, którym zachciało się zapalić skręta; oczywiście zza budynku wychodzili ci, którzy przed chwilą go skończyli. Generalnie latem myślałam, że jest źle - że świat się kończy, bo młodzi już nie palą. No i tu figa - dalej to oczywiście robią, przy czym udają, że nie nie, to nie ja, tylko on. Jedna para oczu spojrzała na mnie wrogo i ze zdziwieniem. No bo co tu robi taka wyrosła panna?! Odpowiedź prosta: czeka na panią pedagog, która nie tylko teraz będzie się mną zajmować jako opiekunka praktyk, ale także która w przeszłości wiele razy mi pomagała. Ba! Siódemka to szkoła, którą uważam za dobrą szkołę - a jeśli mówi to absolwentka tejże, to coś znaczy, hę?
O ile do pani chemiczki jako dyrektorki szkoły zdążyłam się już przyzwyczaić, o tyle ze zdziwieniem - spoglądając dziś ukradkiem na plan lekcji na WWW szkoły - stwierdziłam dwie rzeczy. Otóż, niż demograficzny to nie bujda! Patrzę na pierwsze klasy... A gdzie podziała się literka G?!?! Moja kochana literka G! III G! III G jak gówno :P. A tak serio, to widzę teraz, że człowiek zawsze i wszędzie będzie narzekał, a i tak zgraja z nas była całkiem całkiem w porządku. No, ale przecież jest jeszcze I E...
EEEEEEEEEEEE?!?!?!?! Pedagog będzie wychowawczynią tejże klasy?!!?
O rany! Ale frajdaaaaaaaaaa! Ja chcę poznać te dzieciaki, poopiekować się nimi, pohartować ducha i ciała! Buhahahahhaa!
Nie no, jakaś taka teraz się zrobiłam napalona. No, myślę sobie, że fajnie będzie. Fajniutko! Nowe wrażenia, spostrzeżenia, naprzeciw przygodzie, że hej! Łoj... Ale mię rozniosło! Co prawda w zeszłym roku miałam durnego pecha, że nie trafiłam na dobrych, fajnych ludzi, ale myślę, że teraz mi się uda. Niby nic prostszego zaliczyć praktykę. No a jaka frajda! FRAJDAAA!!! Chociaż jeszcze nie wiem, co w tym fajnego, żeby widzieć młodych ludzi (dziwnie młodzi - jacyś tacy niscy i jakoś tak niedojrzale się zachowują) i się nimi zajmować, to jednak zawsze chyba byłam ciekawska fachu pedagogicznego... Ha! Wydało się!
Co jednak nie zmienia faktu, że dydaktykę uznałam za jedną z większych bredni pedagogiki, której nie uznaję za dziedziny naukowej.

sobota, 29 sierpnia 2009

Ulica Kosynierów Gdyńskich, Wieprzyce... Kto mówił, że u nich nie przestrzegają przepisów na drogach?

Kumpel dał mi tego linka. Tak, jest on o moim rodzinnym mieście i tak, jest on na wykop.pl. Wynikła tam z tego całkiem niezła dyskusja - kto i co powinien robić na drogach. Zastanawia mnie jednak to, ile z dyskutujących żyje w Gorzowie Wlkp.? To jest dość ważne zagadnienie, bo z moich obserwacji wynika, iż tutaj nie panują normalne, drogowe przepisy. Tu panuje piractwo drogowe i to najgorszego kalibru, bo ludzi nie obchodzi nawet to, że ktoś sobie idzie - tak, cholera jasna, IDZIE - na pasach na ZIELONYM świetle w dodatku. Ile razy było tak na Wieprzycach, że ja szłam, a tu nagle jakiś idiota ledwo się zatrzymał? Z tego, co zapamiętałam z pierwszych lat szkoły podstawowej (sic!) wynika, że kierowca powinien się trochę przed pasami zatrzymać. A już na pewno przed każdymi powinien ZWOLNIĆ, do diabła. Ale nie, oni sobie jadą i nic nie robią. Bo my nie mamy policji i nie mamy fotoradarów. A ulica Kosynierów Gdyńskich? Centrum miasta. No i z jednej strony faktycznie są pasy, przy których jest zielone światło i to pieszych trochę ratuje. Ale z drugiej, od strony parku... Łomatkojezu. Są pasy, nie ma ŚWIATEŁ. Ile razy taki dupek ledwo się przede mną zatrzymywał... Grrr!
I tak - piszę tu tak, jakby kierowcy to było całe zło tego świata. Ale należy im się od czasu do czasu lanie.

piątek, 28 sierpnia 2009

Kiedy student musi się uczyć...


Kiedy student musi się uczyć
Idzie do Tesca po zakupy
Tam spędza dwie godziny plus jedną w kolejce
Kiedy student musi się uczyć
Godzinę autobusem wraca do domu
Kiedy student musi się uczyć
I jest już w swoim domu
Sprawdzi wnet pocztę na swoim Gmailu
Kiedy student musi się uczyć
Po Gmailu sprawdzi stan konta w banku
A tam zero złotych
Kiedy student musi się uczyć
­
I ma zero złotych
Bierze się za zlecenie po nocy
A nazajutrz o 8 ma egzamin poprawkowy.

A tak w ogóle: smutno mi. Nadal nie wiem, kiedy mam poprawkę... No i cóż? Zdrowie nawala (oczywiście z mojej winy), poza tym samotność doskwiera... Żyć nie umierać!

Kupa mięci mięci kupa

Dedykowane Virhossie na pamiątkę #$$##$@ nocy

Początek
Nowa notka
Środek
Nowa notka
Koniec.

środa, 26 sierpnia 2009

Dzisiejszym sponsorem notki jest poprawka...

FRUSTRACJA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Pytanie związane z upośledzeniem umysłowym. Ala znajduje materiały do nauki i je sobie przepisuje myśląc o tym i owym. I robi to, przepisuje, robi to, przepisuje. Plask! Odezwała się w niej frustracja. No bo jakże to? Ma do czynienia z czymś, co jest... Sprzeczne nie tyle z jej poglądami, ile z wyobrażeniem o osobach upośledzonych. I nie, ja je pozytywnie widzę. Ale nauka JUŻ NIE! To, co tu widzę w literkach jest zaprzeczeniem sytuacji, aby pewien Hiszpan z tą dolegliwością mógł studiować.
To już drugi raz. A zresztą, jakoś nie uważałam i nie uważam pedagogiki za dziedzinę naukową.
Teraz muszę to powiedzieć: uczę się bzdur. A jeśli nie bzdur, to nieaktualnych informacji.

FRUSTRACJA!!!!!!!!!!!!!!!!!

wtorek, 25 sierpnia 2009

Dzisiejszym sponsorem notki jest webmajster strony konwentowej

Hi!

Robimy stronę konwentu naszego gorzowskiego! Grafikę mamy, tylko obawiać się zaczynam, że czasem mogą być niezłe problemy z kodem na niej. Nie wiem, czy są to normalne, podstawne strachy, ale wiem, że jeśli webmajster ma problem z zamianą kodu ISO na UTF to w dalszej robocie może być niewesoło.
Oczywiście, trzeba wyluzować. Ja jednak mam dość specyficzny stosunek do stron WWW, mimo, że od paru ładnych lat się nimi nie zajmuję. Jeśli robisz jakąś WWW, to zrób to jak najlepiej potrafisz. Nie na odwal się, ale bardzo porządnie - tak, aby kod był na wysokim poziomie i nie sprawiał generalnie problemów ludziom. Ja doszłam do wniosku, że umiałam pisać świetnie różne strony (do celów duperelowatych raczej, ale to inna sprawa), bo miałam taki stosunek: coś dla ludzi musi być zrobione najlepiej. W pewnym momencie się okazało, że mam w stronie mniej błędów, niż strona mojego brata. A przynajmniej w taki sposób to pamiętam - i zaznaczam to zdanie, bo ludzka pamięć jest nieobiektywna i dosyć subiektywna, czyli kłamliwa. Wracając do strony konwentowej...
ISO czy UTF? Widzę, że jest to kwestia, która dzieli webmajstrów. Generalnie dla języka polskiego nie ma to zbytniego znaczenia, ale jeśli strona ma mieć jakieś japońskie wygibasy, to już powinna mieć unicode. Ta jednak informacja nie przeszkadza temu, co by ludzie się na ten temat zażarcie kłócili...
Właściwie z webmajstrem strony konwentowej doszło do małego starcia z moją osobą. Być może faktycznie powinnam dać luzu, bo w końcu gostek robi coś za darmo, a skoro obojętne jest, czy ISO czy UTF...
Z drugiej strony nie ma co ukrywać, że facet działa głównie na polu grafiki komputerowej. I nie ma co ukrywać, że webmajster, który ma problem ze zmianą kodowania na stronie oraz wkurza się w sposób, jakby miał napięcie przedmiesiączkowe z tegoż właśnie powodu może mieć potem grube problemy ze zrobieniem czegoś ważniejszego i innego... Głównie chodzi mi o to, że jak już nasz kochany konwent dojdzie do skutku i będziemy powoli zamykać program, to będziemy chcieli, żeby konwentowicze zgłaszzali własne punkty programu. Bo tak się praktykuje na tym świecie, a przynajmniej w Polsce i taki formularz właściwie należy do standardów. Może nie jest coś takiego trudno napisać, ale...
Każdy ma obawy jakiegoś typu. A strona WWW to zwykle i najczęściej wizytówka czegokolwiek, a już szczególnie konwentu. A ponieważ mam nie tylko rygorystyczny stosunek do zabawy w webmastering (pomysł, abym wróciła do tegoż pojawia się stale i ciągle powraca, pytanie tylko, czy chce mi się pracować jako webmajsterka), ale także jestem grubo zaangażowana w tworzenie konwentu u nas w Gorzowie... No cóż.
Póki co spuszczę z tonu. Życie pokaże, co wyjdzie...

PS.: Jestem w Bestariuszu! Wprawdzie o tym wiedziałam już od jakiegoś czasu, ale dopiero w zeszłym tygodniu coś bardziej się ruszyło na ten temat. Teraz pozostanie mi tylko czekać na książeczki do recenzji, mlask, mniam i ogólnie będzie zabawa :). Uwielbiam czytać, a nowości są niezwykle kuszące, tylko... Wymagają kasy, a ponieważ ja chcę ją wydać albo na potrzeby gorzowskiego konwentu, albo na własne potrzeby, to... ;P. Cóż ^_^.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Pod latarnią najciemniej

Czwarty dzień. Chęć nie ustała, wymusza na mnie różne dziwne rzeczy, na przykład przeglądanie strony Grodzkiego Domu Kultury w Gorzowie Wlkp. To miasto ma 125 tysięcy mieszkańców i udaje ciemne zadupie pod latarnią. Tymczasem na oficjalnej stronie wcześniej wspomnianego przybytku kulturalnego napisane jest, iż istnieje grupa "Eter", czyli grupa tancerzy ognia. Niestety nie ma do nich podanego kontaktu, ale będzie można się z nimi skontaktować później, jeśli chodzi o ZOFAK. A z tego, co wiem, to póki co stoimy trochę w miejscu...
Wyboru za bardzo nie ma, jest to dopiero czwarty dzień. Załatwienie szkoły trochę czasu zajmuje, a ja chcę - żeby szybciej poszło - informować ludzi, iż to Star Wars (lub to, co istnieje jako oficjalne stowarzyszenie fantastów w moim mieście) organizuje konwent fantastyczno-mangowy. Co prawda nijak ma się to do rzeczywistości i tematyki serii wymyślonej przez Georg'a Lucasa, ale "Bastion Chaosu", który zajmuje się tym pomysłem i do którego postanowiłam należeć niestety nie jest jeszcze oficjalnym stowarzyszeniem, na co będziemy musieli poczekać ze... dwa miesiące?
Ale ludziom powiedzieliśmy już, że robimy konwent. Największa w tym wina to moja wina, bo gromadzimy i gromadzę ludzi. Powiedziałam do znajomego mangowcy: "potrzebuję mangowców do programu mangowego na konwencie". Powiedział, że popyta. Popytał, popytał i stwierdził: "ode mnie masz dwóch. Od znajomego znajomego masz trzydziestu". Bazyl, naczelny Tawerny RPG i gorzowianin ("Gorzów jest ładniejszy od Wrocławia. Naprawdę") nie powiedział NIE konwentowi w swoim mieście. On to tylko skomentował "szaleństwo", a ponieważ nie jeden kon przygotowywał we własnej osobie, wie najlepiej, co mówi i jestem skłonna się z nim zgodzić. Niestety, mamy do czynienia także z ludźmi, którzy nie wróżą nam sukcesów. Trzy główne tezy to:

1. Nie uda się wam, bo tu nic się nie udaje.
2. Konwenty są komercją, a my jesteśmy przeciwni komercji.
3. może zróbcie konwent w Szczecinie?

Szczególnie zastanawiać może to trzecie. Szczecina ma niejeden konwent na swoich barkach, więc po co mu dokładać kolejny? A już szczególnie, że zarówno ja, jak i Bastion Chaosu w ni ząb nie mają wspólnego z powyżej wymienionym miastem. Poza tym - nie możemy być gorsi od Zielonej Góry, która organizuje (w miarę regularnie, bo z tego, co się zorientowałam, to w zeszłym roku nie było tejże imprezy) Bachanalia Fantastyczne. I przy pomocy kogo! Tamtejszej uczelni, tamtejszego budżetu miasta, tamtejszego klubu fantastycznego... Wiem, że mam ambitne plany. Ale wiem również, że nie można powiedzieć "ej, to się nie uda".
Widać to szczególnie na portalu mmgorzow.pl. Napisałam tam kiedyś tekst "Pretensje do miasta Gorzowa". Gorycz, smutek - że tu nic nie można... Ale gdy wróciłam ze słynnej już miejscowości Racibórz (słynna, bo małe zadupie to to a przez siedem lat robiło konwenty fantastyczne; poza tym to właśnie tam zgubiłam telefon komórkowy, którego nie mam do dziś), postanowiłam nie fakować (to określenie to zamiast "kija" czy czegoś gorszego, bo mi się to już znudziło) i działać. Działanie widać od razu - wszystko poprzestawiam do góry nogami. Ten robi stronę konwentu, ten zbiera trzydziestu ludzi, ten twierdzi, że goiści na pewno się stawią w Gorzowie... Oh jea, to by było piękne i nie wiem, czy zbyt piękne?
Miałam nadzieję, że VI LO, czyli popularna Czereśniowa będzie chętna do współpracy przy przygotowywaniu konwentu. Zdziwiło mnie to, że jest wręcz odwrotnie - spoko, rozumiem, iż stawia się warunki zawsze i wszędzie; to normalne. Inna rzecz, że można sympatycznie to robić, czego - jak się domyślam - nie udało się dokonać obecnej dyrci tegoż liceum. A szkoda, bo mnie to tam rybka, czy VI czy I LO, czy może 7 gimnazjum. Żal mi jest tego pomysłu głównie z tego względu, że u nas to zawsze różne dziwne imprezy i różne ciekawe inicjatywy przez młodych były organizowane albo w II LO albo w I LO - czyli w najlepszych liceach w mieście. Wiedziałam, że w dwójce zawsze od groma znajdą się osoby, które z namiętnością grają w RPGi i inne tego typu zabawy. A jedynka organizuje ponoć turniej Warhammerowy, co jest już bardzo ciekawym zjawiskiem. Ja sama znam ze dwie osoby, które mają kontakt z tą szkołą i to życiowy. Tzw. Przeszkod, który właził swego czasu na #fantastyka i obecnie studiuje w Warszawie; tzw. kolega od trzydziestu ludzi mangowców chodzi (bo ma około 17 lat) do tej szkoły, zwanej potocznie także Puszkinem. Idea zrobienia konwentu w VI LO spodobała mi się, bo byłoby to trochę niekonwencjonalne działanie: zawsze I albo II w coś takiego się bawiły. Ale, jak już wspomniałam, mnie to tam rybka. Jeśli VI nie chce, to weźmiemy to, co chce...
Mam nadzieję, że mój pomysł na mówienie szkołom "Star warsy chcą organizować konwent fantastyczno-mangowy" pomoże nam w znalezieniu takowej do współpracy. No, jest jeden szczegół - kolega kolegi (ten od 30) powiedział, że spróbuje załatwić szkołę na początku września. Moja reakcja to: "O_O". On jest co prawda młody, z wielu rzeczy może sobie nie zdawać sprawy, ale z drugiej strony... Dobrzy pedagodzy dobrze wspierają młodzież. I tak jest zawsze.
Chyba napisałam już wszystko to, co chciałam napisać o konwencie. Za to mogę wrócić do sprawy GDK.
Bo ja nie wiem, gdzie jest Grodzki Dom Kultury w Gorzowie Wlkp. Dlatego też postanowiłam zajrzeć na tamtejszą stronę i...
Fotografia. Kij z poezją, fotografia.
Za mniej, niż 130 złotych.
Fotografia.
Po takim obczajeniu sprawy powiedziałam swojej ukochanej Adzi: "ja chcę do grodzkiego domu kultuuury!!!".
Może się skuszę na tamtejsze spotkania z fotografią...
Halo, nudzi mi się? Tak. Halo, masz poprawki we wrześniu?... Spoko, co będzie, to będzie, a wczoraj grzecznie się uczyłam i dziś zamierzam zrobić to samo.
Pozdrowienia!

Sponsorem dzisiejszej notki jest Jinnai.

Bardzo ciężko jest zmusić się do napisania notki na blogu. Żeby było zabawniej, wbrew pozorom dużo się dzieje.
Jak to zwykle bywa, Aleandra potrafi zrobić wokół siebie ogromne zamieszanie. Przyznaję, że we wcześniejszych okresach życiowych czułam się często zakłopotana takim obrotem sprawy; myślę jednak, iż obecnie należę do osób, które:
- są przyzwyczajone do takiej rzeczywistości,
- kochają na swój niecny sposób to wykorzystywać do swoich ciemnych celów.
A zatem, Drodzy Czytelnicy, cóż takiego zachodzi w moim życiu, iż twierdzę, że nie powinnam się nudzić?
Po pierwsze... Staram się zrobić coś ze swoim życiem. Cokolwiek by to nie było, po prostu czuję, że nadszedł na to czas. Zdrowie, psychika... Studia. Przede wszystkim udało mi się stwierdzić, iż realizowanie własnych marzeń sprawia ogromną frajdę i radość człowiekowi. Późne odkrycie, prawda? Ale mimo wszystko, człowiek uczy się całe życie.
Po drugie... Drugi numer Debiutextu jest w fazie końcowej. Czytelnicy webook.pl powinni na początku września ujrzeć tenże. Co prawda mało tekstów, ale mimo wszystko są ludzie, którzy oczekują tegoż z niecierpliwością. Na szczęście/nieszczęście, skład numeru i zrobienie do niego okładki to już nie moja broszka.
Po trzecie i chyba najważniejsze, w - powiedzmy - środę wpadłam na świetny pomysł. Właściwie nie wiem, skąd mi on przyszedł do głowy. Tuż po powrocie z Goblikonu musiałam odpocząć od podróży, zamieszania wokół siebie. A gdy w końcu doszłam do siebie (około 2-3 dni -.-), powiedziałam: robię konwent fantastyczno-mangowy w Gorzowie Wielkopolskim! Wiele razy pytano się mnie, dlaczego postanowiłam zrealizować tę szaloną rzecz. Odpowiadałam zwykle (i nadal będę to czynić), że to wina moich marzeń z dzieciństwa... Najpierw chciałam pójść na konwent. Co prawda TYLKO mangowy, ale jestem przekonana, że na fantastyczno-mangowym istnieje znacznie więcej możliwości dobrej zabawy, niż gdyby ta rzecz była ograniczona do jednego typu rozrywki (powiedzmy). Później i to niezależnie od tego, czy pojechałam na Pyrkon, czy nie, bardzo chciało mi się ujrzeć jakiś konwent w moim rodzinnym mieście. A próbując nie narzekać i nie fakować po powrocie z rajdu po Polsce, jestem osobą, która robi coś zamiast fakowania na ten temat.
FAK. To skrót konwentu, żeby nie było. Pełny brzmi: ZOFAK. Ziemie Odzyskane I: Fantastycznie Amatorski Konwent.
Zapraszam serdecznie...

czwartek, 20 sierpnia 2009

Życie to nie kurtka

12 lipiec 2009-16 sierpień 2009. Najlepsza przygoda w moim życiu, którą pewnie będę pamiętać do końca. Aczkolwiek nie obyło się bez szczęścia i paru zgrzytów, to muszę powiedzieć, że zastanawiałam się całkiem niedawno, co bym zrobiła, gdyby nagle się okazało, że nie mam pieniędzy, pociąg mi uciekł i całe stado nieszczęść spadłoby na mnie. Doszłam do przerażającego wniosku, że nie mam pojęcia. Rozmawiając ze znajomym o tym, stwierdziłam, że oprócz zwyczajowych dwustu złotych na podróż, trzeba mieć w zapasie sto złotych na ten cel. Cóż...
Może w przyszłym roku powtórzę taką wędrówkę, chociaż głowy nie dam, że tak będzie. Na pewno postaram się to lepiej zorganizować i więcej kasy mieć. A póki co myślę o czymś innym.
Tutejsi ludzie wydają się ludźmi, którzy siedzą na tyłku i nic nie robią, a narzekać potrafią. Typowi Polacy? Ale ja nie przypominam sobie, by Zuzia (pozdrowienia! :*) jakoś pławiła się w swoich problemach życiowych. Liczy się działanie. A poza tym, gdy wróciłam do domu, to postanowiłam NIE NARZEKAĆ. Teraz jak mi ktoś jęczy "do nauki", "nie da rady", to ja go ostrym słownictwem kopię w tyłek: "przestań pierdolić". Zwykle działa.
Ja wiem, że na moje miasto można narzekać. Ale w Krakowie, Katowicach, Lublinie, Opolu, Raciborzu także można narzekać. Jakoś nie spotkałam się z ludźmi, którzy by to robili. Przypadek? Jeśli tak, to pozytywny - bo przecież człowiek żyje nie po to, by jęczeć, ale po to, by CIESZYĆ SIĘ ŻYCIEM!
Motylku! Dziękuję, że mi pomogłeś. Dotarłam trochę przez Ciebie do tego momentu w życiu, w którym teraz się znajduję i powiem, że od dawien dawna nie czułam się tak szczęśliwa albo tak zadowolona z życia, jak teraz. I powiem nawet więcej - PRÓBUJĘ SIĘ UCZYĆ na poprawki. A to już coś znaczy, prawda?
Życie to nie kurtka, którą można zostawić gdzieś i później odzyskać pocztą. O nie trzeba dbać. Zazwyczaj ludzie tego nie potrafią robić, bo jest to diabelnie trudne, ale nikt nam nie przeszkodzi w radości chwili. Gdybym miała powiedzieć, czemu się cieszę ze swojej (podobno marnej) egzystencji, powiem to tak: bo mogę. Bo czuję, że spełniam swoje szalone marzenia. Bo świat stoi przede mną otworem.
Cieszę się, że byłam na konwencie w Raciborzu.
Wpadłam dziś na pomysł, aby zrobić to, co od dzieciństwa prawie że było moim marzeniem: KONWENT W GORZOWIE WLKP.
Szaleństwo? Z wiecznie narzekającymi ludźmi tak. Z typami, którzy myślą, że na konwent wchodzi się za darmochę albo 2 złote, tak. Ale mam świadomość, że trzeba spróbować. Bo Racibórz NIE JEST ani centralnym miastem, ani tym bardziej dużym miastem, ba - jest mniejszy od mojego zadupia, z którego mają wycofać sąd jakiśtam, przez co dziś soczyście zaklęłam. I nie nastawiam się na to, że imprezę uda mi się zorganizować w przyszłym roku - przecież najpierw potrzebujemy do tego ludzi. Możliwe, że przez dwa lata uda mi się zrobić coś w tej sprawie. Tak czy inaczej: spróbuję.
A że niby miałam robić prezentację Go, która się nie odbyła? Drobiazg. Przecież na konwencie będzie lepsza tego reklama i oczywiście wykorzystam poznańskich i szczecińskich goistów. W końcu kto, jak nie ja, jest mistrzem w wykorzystywaniu ludzi do własnych i niecnych celów?