Windows zrobił mi wczoraj kawał. Gdy się zwichnął, chciałam go zresetować. Marchewka nie podziałała, to postanowiłam kijem. W nagrodę otrzymałam czarny monitor z kursorem w tle. Ponieważ do 12:00 w nocy pozostało trochę czasu, postanowiłam porobić coś ciekawego. Zrzuciłam z półki te książki, których jeszcze nie czytałam i stwierdziłam, że po oglądnięciu pewnego filmu będę się zastanawiać, jaka lektura ma być przeze mnie obczajona.
Dzieło, które pojawiło się w telewizorze, a które obserwowałam i słuchałam nosiło tytuł "Pulp fiction", zrealizował go Quentin Tarantino i pierwszy raz oglądałam ten film. Najbardziej spodobała mi się scena, gdy Travolta, jadąc z kumplem samochodem "przypadkowo" rozwalił łeb towarzyszowi z tylnego siedzenia.
Nie mając dziś pomysłu na realizację naprawy komputera, postanowiłam rzucić się w wir czytania. Można być zaskoczonym, że wygrała Ursula K. Le Guin swoimi "Opowieściami z Ziemiomorza", bo mimo, iż jest ona dobrą powieściopisarką, to mi jej książki bardzo ciężko wchodzą (cholera wie, czemu, ale chyba trzeba być do nich odpowiednio nastrojonym). W każdym razie dzieło to to po prostu zbiór opowiadań z tytułowego świata. Teoretycznie nie przepadam za krótką formą literacką, lecz... No właśnie. Większość opowieści z Ziemiomorza niesie ze sobą przesłanie i jest po prostu magiczna. Raz, że wydarzenia opisywane z niej są po prostu zlepkiem początków i końca pewnej ery, dwa, że po prostu Le Guin ma talent. Weźmy taką "Uczennicę maga" bodajże Trudi: jest tam o magii, o jej nauce. Zaskoczę: w Ziemiomorzu także o tym jest, ale w przeciwieństwie do "Uczennicy", wiedza przekazywana czytelnikom NIE NUDZI! Dobry autor to taki autor, który potrafi wpleść na jednej stronie różne wątki w taki sposób, by na niej nie było burdelu i żenuady. Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie, dlaczego "Opowieści z Ziemiomorza" tak mi przypadły do gustu, jednak najpiękniejszą i najlepszą z nich jest "Szukacz", ale to pewnie taka moja słabość...
Tak czy siak, głupota Windy XP spowodowała przerwanie mi w połowie książki Asimova: "Fundacja". I na tym - a nie, jak chcieliby niektórzy, na Internecie - opierało się moje cierpienie. Jutro z pewnością skończę, bo do Asimova mnie ciągnie. Ale w gruncie rzeczy cieszę się, że mogłam od niego odetchnąć, bo chyba tego mi brakowało.
A co do studiów... Pożyjemy, zobaczymy.
PS.: Pozdrawiam Pandę (nie smuć się!), i Motyla.
Dzieło, które pojawiło się w telewizorze, a które obserwowałam i słuchałam nosiło tytuł "Pulp fiction", zrealizował go Quentin Tarantino i pierwszy raz oglądałam ten film. Najbardziej spodobała mi się scena, gdy Travolta, jadąc z kumplem samochodem "przypadkowo" rozwalił łeb towarzyszowi z tylnego siedzenia.
Nie mając dziś pomysłu na realizację naprawy komputera, postanowiłam rzucić się w wir czytania. Można być zaskoczonym, że wygrała Ursula K. Le Guin swoimi "Opowieściami z Ziemiomorza", bo mimo, iż jest ona dobrą powieściopisarką, to mi jej książki bardzo ciężko wchodzą (cholera wie, czemu, ale chyba trzeba być do nich odpowiednio nastrojonym). W każdym razie dzieło to to po prostu zbiór opowiadań z tytułowego świata. Teoretycznie nie przepadam za krótką formą literacką, lecz... No właśnie. Większość opowieści z Ziemiomorza niesie ze sobą przesłanie i jest po prostu magiczna. Raz, że wydarzenia opisywane z niej są po prostu zlepkiem początków i końca pewnej ery, dwa, że po prostu Le Guin ma talent. Weźmy taką "Uczennicę maga" bodajże Trudi: jest tam o magii, o jej nauce. Zaskoczę: w Ziemiomorzu także o tym jest, ale w przeciwieństwie do "Uczennicy", wiedza przekazywana czytelnikom NIE NUDZI! Dobry autor to taki autor, który potrafi wpleść na jednej stronie różne wątki w taki sposób, by na niej nie było burdelu i żenuady. Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie, dlaczego "Opowieści z Ziemiomorza" tak mi przypadły do gustu, jednak najpiękniejszą i najlepszą z nich jest "Szukacz", ale to pewnie taka moja słabość...
Tak czy siak, głupota Windy XP spowodowała przerwanie mi w połowie książki Asimova: "Fundacja". I na tym - a nie, jak chcieliby niektórzy, na Internecie - opierało się moje cierpienie. Jutro z pewnością skończę, bo do Asimova mnie ciągnie. Ale w gruncie rzeczy cieszę się, że mogłam od niego odetchnąć, bo chyba tego mi brakowało.
A co do studiów... Pożyjemy, zobaczymy.
PS.: Pozdrawiam Pandę (nie smuć się!), i Motyla.

0 komentarze:
Prześlij komentarz
Skomentuj raz na ruski rok, ale skomentuj ;p