/sz/ powiedział: trudno się znaleźć w świecie, który nas nie szuka.

czwartek, 15 października 2009

Poznań woła

Jak już wiecie, byłam w różnych dziwnych miastach. To powoduje, że przemieszczając się po swojej ojczystej - że się tak górnolotnie wyrażę - ziemi, mam skojarzenia właśnie z tymi różnymi aglomeracjami. W okolicy Ronda Santockiego bodaj, tam gdzie zbudowali niedawno Lidla w stronę Teatralnej najbardziej mi się przypomina Opole. Nie wiem, czy to bliskość uczelni, czy też podobna okolica tego sklepu, jak była w stolicy województwa opolskiego... Tak jakoś. Ogólnie jednak - z racji doświadczenia roku w Poznaniu - najbardziej mi się przypomina właśnie Wielkopolska. Bo ponuro się zrobiło na dworze. Śniegu jeszcze nie ma, lecz chodzi o deszcz i zimno. Jesień nigdy chyba nie sprzyjała pozytywnej postawie do życia, jednak to, co się dzieje ze mną teraz to mieszanka wręcz wybuchowa.
Moja kumpela (pozdrawiam) wspomniała kiedyś o chęci do życia inaczej. W innym mieście, znaczy się. Nie przypominam sobie, żeby miała podobne do moich doświadczenia, tym bardziej, że jest ona z mego rocznika i już jest na trzecim roku, lecz... Zaczęłam się zastanawiać, czemu człowiek taki jak ona tęskni do "innego życia".
Ja wcale się nie spieszę (śpieszę?) do wizyty w tzw. Pozku. Nawet nie specjalnie chce mi się tam wracać, by zrobić magistra, co podobno wiele absolwentów gorzowskiej PWSZ czyni. Wiem jednak, co straciłam i z jakiegoś dziwnego powodu najbardziej mi nie żal uczelni, lecz dwóch rzeczy: wolności i znajomych.
O ile wiadomo, o co chodzi z tą drugą rzeczą, o tyle tzw. wolność jest względna. Ale mam wrażenie, że człowiek właśnie w czasie studiów ma ochotę się wyszaleć. Być może błędem byłoby powiedzenie, że im młodsza osoba, tym pragnąca więcej wolności. To raczej w wieku policealnym, kiedy idzie się na uczelnię, pragnie się zaznać takiej swobody w decydowaniu o samym sobie... O, już jestem człek dorosły i mogę 24 h na dobę pić piwo w ciągu pierwszych pięciu dni nowego miesiąca, a później lecieć na najtańszych zupkach chińskich i wodzie z kranu, żeby przeżyć. O, widzita, mogę sam/a zadbać o swój ubiór, jutro do ciucholandu pójdę. A te 500 złotych, które dostałam na miesiąc to ja wiem na co wydam, na elektronikę...
W domu jest fajnie. Ale wymuszanie przez tatę wykonania poleceń "posprzątaj" lub "pomyj naczynia" psuje zabawę. A w szafie mam tyle ubrań od babci, że nie wiem, jak je mam poskładać i taki bajzel mam, że strach zaglądać. W dodatku mam aż tak ich dużo, że nie ma sensu kupować nowych - no bo po co? A za tym też się tęskni...
Wolność, gdzie tu wolność?
Może to przesada. Ale mam wrażenie, że jedną z cech mojego życia, które mi przeszkadzają, to ta, w której ktoś za mnie decyduje, w co mam się ubierać. Owszem - często ciuszki są ładne, ale, do diabła, nie ja je kupowałam...
Prawie załatwiłam warunek z dydaktyki i prawie udało mi się załatwić wszystkie wpisy do indeksu. Oczywiście po drodze pojawiły się pewne techniczne problemy, których się nie spodziewałam, ale cóż...
Zaczynam się bać, że sobie nie poradzę. Obawiam się również, że zaczynam się poddawać. Ponieważ jednak zależy mi na ostatecznym oddaniu indeksu do dziekanatu, żeby mieć z głowy pierwszy rok, jutro pójdę do budy. Inaczej bym tego nie zrobiła... Ale chyba to nie wszystko - mam przeczucie, że jak sobie coś odpuszczę, to później coraz więcej będę, aż wszystko się... zjebie.
Czy tę notkę pisze człowiek szczęśliwy? Czy ja powinnam się cieszyć, bo jestem na pedagogice?
Ostatnio pisałam tekst na potrzeby mojego zina i cośtam bredziłam po-pedagogicznemu. Odniosłam wrażenie, że to jest to! Fajna praca, fajny temat...
Ale figa z makiem.
Ok - pozdrawiam Czytelników.
PS.: W listopadzie zamierzam odwiedzić Poznań.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Skomentuj raz na ruski rok, ale skomentuj ;p