Nie tak dawno temu pod przystankiem w stronę Silwany a umieszczonym niedaleko dworca PKP pewna kobieta zapytała mnie, czy mogłabym jej kupić bułkę z pieczarkami za trzy złote. Jest to gorzowski specjał i myślę, że każdy turysta jest zobowiązany przez sam pobyt tu zakosztować tegoż. Wracając do pytającej, to oczywistym było, że to żebraczka - miała brudne spodnie i smutny wzrok. Niestety, odmówiłam jej, bo w torebce miałam niewiele jak 20 groszy, a to stanowczo za mało na jej wymarzone danie.
Moja sytuacja nie wygląda najlepiej. Po pierwsze, groszaki znów uratowały moją skórę (o_O;), pozwalając mi na zebranie 1,10 złotych, czyli niezbędnej kwoty do kupna biletu tramwajowego. Tak, tak. Dzięki nieuprzejmości pani w dziekanacie nie mam podbitej legitymacji studenckiej. Napisałam, że nieuprzejmości a nie z mojej winy, bo ta pani doskonale widziała wypełniony indeks. I wiedziała, że chcę zapłacić warunek. Ah ta Polska - urzędnik zamiast zastanawiać się, jak pomóc ludziom, to jeszcze musi utrudniać im życie, bo - jak to powiedział mój dobry znajomy (pozdrowienia!) - problemu nie da się rozwiązać.
Tak więc jestem bardzo wdzięczna bratu za nie przywiezienie ze sobą zapasowej komórki. I tak, wiem, że ona była sprzed ery potopowej, ale co z tego, skoro pozwoliłaby na wykonanie przelewu w mbanku i jutro spokojnie bym pojechała na uczelnię? A tak? Śfiństwo.
Oczywiście można się upierać, że muszę się nauczyć wartości rzeczy. Można się upierać, że trzeba ponieść pewne konsekwencje. Szkoda tylko, że na razie wychodzi bardzo zabawna rzecz - to nie rodzina, lecz znajomi mi bardziej pomagają w tarapatach, w jakich się znalazłam. Śmieszne, prawda?
A wracając do nauczania i wychowania. SAMI SOBIE JESTEŚCIE WINNI. Doszłam ostatnio do wniosku, że jestem jednym wielkim błędem wychowawczym. Nie da się uniknąć takowych, ale chyba nie aż tak. A mówiąc, iż jestem błędem wychowawczym mam na myśli to, iż mam uczucie, jakby rodzinka nagle obudziła się ze snu i przyjęła do wiadomości, że mam sobie sama radzić. Bo co, bo dorosła jestem? Tak, tylko wyżej wspomniana bezdomna też nie ma czternastu lat, a nie można takiej osoby nazwać zaradną życiową. Dorosłość nie znaczy samodzielność, o nie.
Niedawno na jednym z wykładów Segieta było o wychowaniu propagowanym przez A. S. Neilla. Wykładowca tak to określił: "Wychowanie do wolności". Piękne określenie, wiele mówiące. Ja dotychczas żyłam sobie smacznie i przyjemnie, chociaż mam wrażenie, że najważniejsze życiowe decyzje nie ja podejmowałam, lecz rodzina.
Co, znowu narzekam, że nie znalazłam się tam, gdzie powinnam? A owszem, Gorzów może i jest fajną mieściną, ale w małych dawkach. Często żałuję, że nie wybrałam kariery poza tą cholerną stolicą województwa lubuskiego. Która, na domiar złego, jest zadupiem. Jak to mój wujek wspomniał ostatnio, tutaj nic się nie dzieje. True...
Dobra, lecimy dalej w najlepsze narzekanie.
Więc wracając do wychowania (lol), to uważam, że wychowywać należy KONSEKWENTNIE, a więc zmusza nas to do stosowania przez dłuższy czas jednej, wybranej przez nas metody. Już mniejsza z tym, czy będziemy bić dzieciaka, czy też go przytulać nawet we śnie. Ale, gdy chcemy zmienić sposób postępowania to już nie jest takie proste. Bo człowiek ma psychikę, a ta psychika może doznawać urazów - takich, które skutecznie do czegoś zniechęcą. W każdym razie, kiedy nagle zmienia się metoda, taki człowiek może zaznać szoku... Tak, tak, czasem trzeba takową terapię zastosować, ale mówię tu o przypadkach z zasady lekkich i takich, w których występują delikatne dosyć osoby, czyli mam tu głównie na myśli siebie. Bo nikogo nie krzywdzę, żeby mnie można było wsadzić do więzienia, bo też staram się jak mogę pomagać innym. To, że otwarcie piszę na tym blogu, że nie znoszę mojego taty wynika tylko i wyłącznie z tego, że za dużo z nim przebywam. Każdy kiedyś ma dość... No właśnie.
Pod obrazkiem na tym blogu dałam wspaniały cytat z wypowiedzi mojego dobrego znajomego z Wałcza (pozdrowionka!). Ten sam człowiek napisał mi nie tak dawno temu, że jego mama zabroniła mu brać od kogokolwiek proponowane przez gospodarzy (jak będzie on w gościach, oczywiście) jedzenie w stylu śniadanie, obiad itd. Ta kobieta podobno potrafi się wkurzyć kiedy - jak to nazwała - ktoś takimi uczynkami chce ograniczyć jej wolność.
No i patrzcie państwo, WOLNOŚĆ.
Ale ja nie jestem wychowywana do wolności. Nigdy nie byłam. Może pozwoliłam sobą kierować przez całe życie, a może nie, ale co ja na to poradzę? Dziecko nie może, bo nie ma wystarczającej siły nawet fizycznej przeciwstawić się cudzej woli, która rozciąga nad nim władzę. A co więcej, nie jest w stanie wiedzieć tego, co dorosły - najlepiej pedagog - wie o wychowaniu. I o samodzielności. Skutek jest taki, że może ono nie być świadome tego, iż powinno się uczyć zaradności. Ale skąd to ma wiedzieć? Tylko przypadek spowodował, że pewnego pięknego dnia wzięłam do rąk książkę "Nowa Summerhill" i pochłonęłam ją.
Tak czy siak, to nie moja wina, że rodzinka zrobiła mi to, co zrobiła. Owszem, pozwolono mi iść na pracę socjalną, ale chyba nic więcej. NIC do diabła więcej. Czy jest czego żałować? Do wolności zawsze się tęskni, a jak może być mowa o niej, skoro cały czas masz nad głową kogoś, kto Ci jęczy: zrób to, zrób tamto siamto?
Nie trzeba było okazywać aż tyle troski, kiedy były do tego okazje. Ale kiedy trzeba było pomóc, to miało się to w dupie.
Ktoś mógłby powiedzieć, że teraz sama podtrzymuję uraz do pewnych osób, karmię się tym. Może i tak jest, może i nie. Ale w każdym bądź razie, moje wypowiedzi są jednoznaczne: jeśli rodzinka będzie potrzebowała pomocy to udzielę jej tylko wtedy, kiedy uznam, że sytuacja wygląda bardzo źle. Oczywiście nikt nie pomyśli, że tak się stanie. Część osób pewnie uzna, że to niemożliwe, bo jestem głupia.
Szkoda.
Po licencjacie zastosuję metodę w stylu Beherit - "uciekaj jak najdalej od rodziny". Dobrze mi to zrobi.
A to, że w moim wieku znajomi są ważni? Że zamiast jęczeć radośnie w łóżku yyyy, dobra, nieważne. Że zamiast jęczeć radośnie, to ja się nad sobą użalam? Przynajmniej tyle mam wolności.
No oczywiście, że trochę przerysowywuję sytuację, ale do diabła, jestem zwyczajnie wściekła na rodzinkę.
Moja sytuacja nie wygląda najlepiej. Po pierwsze, groszaki znów uratowały moją skórę (o_O;), pozwalając mi na zebranie 1,10 złotych, czyli niezbędnej kwoty do kupna biletu tramwajowego. Tak, tak. Dzięki nieuprzejmości pani w dziekanacie nie mam podbitej legitymacji studenckiej. Napisałam, że nieuprzejmości a nie z mojej winy, bo ta pani doskonale widziała wypełniony indeks. I wiedziała, że chcę zapłacić warunek. Ah ta Polska - urzędnik zamiast zastanawiać się, jak pomóc ludziom, to jeszcze musi utrudniać im życie, bo - jak to powiedział mój dobry znajomy (pozdrowienia!) - problemu nie da się rozwiązać.
Tak więc jestem bardzo wdzięczna bratu za nie przywiezienie ze sobą zapasowej komórki. I tak, wiem, że ona była sprzed ery potopowej, ale co z tego, skoro pozwoliłaby na wykonanie przelewu w mbanku i jutro spokojnie bym pojechała na uczelnię? A tak? Śfiństwo.
Oczywiście można się upierać, że muszę się nauczyć wartości rzeczy. Można się upierać, że trzeba ponieść pewne konsekwencje. Szkoda tylko, że na razie wychodzi bardzo zabawna rzecz - to nie rodzina, lecz znajomi mi bardziej pomagają w tarapatach, w jakich się znalazłam. Śmieszne, prawda?
A wracając do nauczania i wychowania. SAMI SOBIE JESTEŚCIE WINNI. Doszłam ostatnio do wniosku, że jestem jednym wielkim błędem wychowawczym. Nie da się uniknąć takowych, ale chyba nie aż tak. A mówiąc, iż jestem błędem wychowawczym mam na myśli to, iż mam uczucie, jakby rodzinka nagle obudziła się ze snu i przyjęła do wiadomości, że mam sobie sama radzić. Bo co, bo dorosła jestem? Tak, tylko wyżej wspomniana bezdomna też nie ma czternastu lat, a nie można takiej osoby nazwać zaradną życiową. Dorosłość nie znaczy samodzielność, o nie.
Niedawno na jednym z wykładów Segieta było o wychowaniu propagowanym przez A. S. Neilla. Wykładowca tak to określił: "Wychowanie do wolności". Piękne określenie, wiele mówiące. Ja dotychczas żyłam sobie smacznie i przyjemnie, chociaż mam wrażenie, że najważniejsze życiowe decyzje nie ja podejmowałam, lecz rodzina.
Co, znowu narzekam, że nie znalazłam się tam, gdzie powinnam? A owszem, Gorzów może i jest fajną mieściną, ale w małych dawkach. Często żałuję, że nie wybrałam kariery poza tą cholerną stolicą województwa lubuskiego. Która, na domiar złego, jest zadupiem. Jak to mój wujek wspomniał ostatnio, tutaj nic się nie dzieje. True...
Dobra, lecimy dalej w najlepsze narzekanie.
Więc wracając do wychowania (lol), to uważam, że wychowywać należy KONSEKWENTNIE, a więc zmusza nas to do stosowania przez dłuższy czas jednej, wybranej przez nas metody. Już mniejsza z tym, czy będziemy bić dzieciaka, czy też go przytulać nawet we śnie. Ale, gdy chcemy zmienić sposób postępowania to już nie jest takie proste. Bo człowiek ma psychikę, a ta psychika może doznawać urazów - takich, które skutecznie do czegoś zniechęcą. W każdym razie, kiedy nagle zmienia się metoda, taki człowiek może zaznać szoku... Tak, tak, czasem trzeba takową terapię zastosować, ale mówię tu o przypadkach z zasady lekkich i takich, w których występują delikatne dosyć osoby, czyli mam tu głównie na myśli siebie. Bo nikogo nie krzywdzę, żeby mnie można było wsadzić do więzienia, bo też staram się jak mogę pomagać innym. To, że otwarcie piszę na tym blogu, że nie znoszę mojego taty wynika tylko i wyłącznie z tego, że za dużo z nim przebywam. Każdy kiedyś ma dość... No właśnie.
Pod obrazkiem na tym blogu dałam wspaniały cytat z wypowiedzi mojego dobrego znajomego z Wałcza (pozdrowionka!). Ten sam człowiek napisał mi nie tak dawno temu, że jego mama zabroniła mu brać od kogokolwiek proponowane przez gospodarzy (jak będzie on w gościach, oczywiście) jedzenie w stylu śniadanie, obiad itd. Ta kobieta podobno potrafi się wkurzyć kiedy - jak to nazwała - ktoś takimi uczynkami chce ograniczyć jej wolność.
No i patrzcie państwo, WOLNOŚĆ.
Ale ja nie jestem wychowywana do wolności. Nigdy nie byłam. Może pozwoliłam sobą kierować przez całe życie, a może nie, ale co ja na to poradzę? Dziecko nie może, bo nie ma wystarczającej siły nawet fizycznej przeciwstawić się cudzej woli, która rozciąga nad nim władzę. A co więcej, nie jest w stanie wiedzieć tego, co dorosły - najlepiej pedagog - wie o wychowaniu. I o samodzielności. Skutek jest taki, że może ono nie być świadome tego, iż powinno się uczyć zaradności. Ale skąd to ma wiedzieć? Tylko przypadek spowodował, że pewnego pięknego dnia wzięłam do rąk książkę "Nowa Summerhill" i pochłonęłam ją.
Tak czy siak, to nie moja wina, że rodzinka zrobiła mi to, co zrobiła. Owszem, pozwolono mi iść na pracę socjalną, ale chyba nic więcej. NIC do diabła więcej. Czy jest czego żałować? Do wolności zawsze się tęskni, a jak może być mowa o niej, skoro cały czas masz nad głową kogoś, kto Ci jęczy: zrób to, zrób tamto siamto?
Nie trzeba było okazywać aż tyle troski, kiedy były do tego okazje. Ale kiedy trzeba było pomóc, to miało się to w dupie.
Ktoś mógłby powiedzieć, że teraz sama podtrzymuję uraz do pewnych osób, karmię się tym. Może i tak jest, może i nie. Ale w każdym bądź razie, moje wypowiedzi są jednoznaczne: jeśli rodzinka będzie potrzebowała pomocy to udzielę jej tylko wtedy, kiedy uznam, że sytuacja wygląda bardzo źle. Oczywiście nikt nie pomyśli, że tak się stanie. Część osób pewnie uzna, że to niemożliwe, bo jestem głupia.
Szkoda.
Po licencjacie zastosuję metodę w stylu Beherit - "uciekaj jak najdalej od rodziny". Dobrze mi to zrobi.
A to, że w moim wieku znajomi są ważni? Że zamiast jęczeć radośnie w łóżku yyyy, dobra, nieważne. Że zamiast jęczeć radośnie, to ja się nad sobą użalam? Przynajmniej tyle mam wolności.
No oczywiście, że trochę przerysowywuję sytuację, ale do diabła, jestem zwyczajnie wściekła na rodzinkę.

Głupiaś że oddałaś tą komórkę, przecież ostatnio jedną zgubiłaś a to był prezent zesłany przez WARSZAWĘ
OdpowiedzUsuń na zawszeZa łatwo szukasz drzazgi w cudzym oku nie zauważając belki we własnym. To TY SAMA odpowiadasz za siebie! WYŁĄCZNIE TY! Zamiast szukać winy w zaniedbaniach "rodziny" pomyśl lepiej co sama spierdoliłaś w życiu.
OdpowiedzUsuń na zawsze